Duch osiedli. Co architektura osiedli mieszkaniowych mówi o PRL i III RP

autor

Instytut Architektury wydał niedawno książkę poświęconą Witoldowi Cęckiewiczowi. Człowiekowi, który przez wiele lat pełnił funkcję Głównego Architekta Krakowa. 

Jednego z jej autorów, a zarazem człowieka znanego ze swej pasji, dr Michała Wiśniewskiego, zaprosiłem, by porozmawiać o duchu osiedli. Ówczesnych i dzisiejszych. O ich zaletach i wadach. O tym, co da się z nich wyczytać o czasach i systemach, w których powstawały.

Cały wywiad znajdziecie w Tygodniku Przegląd, który jutro trafi do kiosków. Poniżej fragment, w którym zeszło na Krowodrzę i Bronowice.

 

 

(…)

A jaki charakter systemu da się odczytać z budownictwa III Rzeczypospolitej?

To trzeba podzielić na kilka podrozdziałów. Główną granicą jest ustawa o planowaniu przestrzennym z 2003 r., będąca spełnieniem neoliberalnych marzeń o zarządzaniu przestrzenią. Do tego roku miasta w Polsce posługują się wypracowanymi jeszcze w PRL metodami zarządzania rozwojem. Mamy plany ogólne, szeroki horyzont, w którym widzimy miasto i jego potrzeby. Przeliczamy potrzeby mieszkalnictwa na komunikację, drogi, liczbę samochodów.

To się kończy w 2003 r.

Na skutek tej ustawy plany wygasają. Miasta powinny przygotować sobie wizję na 30-40 lat do przodu – studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego. Później na jego podstawie należy stworzyć plany miejscowe dla poszczególnych dzielnic. W Krakowie chodzi o kilkadziesiąt takich planów. Mają one wyznaczać operacyjny sposób zarządzania przestrzenią. Ale tam, gdzie planów nie ma, powinny być wydawane przez gminy warunki zabudowy. Cała odpowiedzialność za planowanie przechodzi na samorząd.

I widzimy, że ten sobie z nim nie poradził.

Pytanie oczywiście, czy w ogóle mógł to zrobić, bo to bardzo złożona kwestia, ale zostawmy ją z boku. Na przykład w Krakowie po 13 latach nie udało się „zaplanować” nawet połowy miasta. Efekt jest taki, że mamy całe duże osiedla mieszkaniowe, które wybudowano, opierając się na wadliwym systemie warunków zabudowy, protezie prawnej, zwykle używanej w sytuacjach nadzwyczajnych. Na zajęciach często pokazuję studentom przykład z krakowskich Bronowic. Gdy obowiązywały plany, powstał tam niewielki zespół mieszkaniowy Podkowa Królewska. Projektował go zespół prof. Wacława Serugi. Oddano go do użytku pod koniec 2002 r. Wtedy można było tam zbudować budynki o zaledwie czterech kondygnacjach. Zaraz po ostatecznym wygaśnięciu planu tuż za płotem zbudowano zespół o jakże polsko brzmiącej nazwie Salwator City, który miał 11 pięter. A obok stoi jeszcze Salwator Tower, który ma 15 pięter. To bardzo wymownie pokazuje, co się wydarzyło.

Zbudowano je bez infrastruktury społecznej i transportowej. Podobnie jest w całym kraju.

Kiedy miasto rozwija się na podstawie warunków zabudowy, ginie coś, co było sednem planu ogólnego. Chodzi o współczynnik gęstości zabudowy. Ten zniknął i co nas teraz ogranicza? Granica działki i to, że mniej więcej jedna trzecia ma być powierzchnią biologicznie czynną. Ale co to jest powierzchnia biologicznie czynna? Nie bardzo wiadomo. Inwestorzy podchodzą do tego bardzo kreatywnie. Na nowych osiedlach mamy wielki problem z parkingami, bo przepisy tego nie regulują. Efektem jest to, co się dzieje w całej Polsce: krakowski Ruczaj, Miasteczko Wilanów, Marina Mokotów. Przykłady można mnożyć.

Jak pan sądzi, o czym myślał człowiek, który je projektował?

O pieniądzach. W końcu mamy kapitalizm. Chodzi tylko o to, żeby jak najszybciej skumulować zysk. (…)

Mają pewny rynek zbytu.

Kiedy jeździ się po Warszawie, przykro obserwować, w jaki sposób rozwija się miasto, które tak wiele ucierpiało w czasie wojny. Jaka karłowata jest powstająca urbanistyka. Dotyczy to zresztą także Krakowa. Smutne jest to, że miasto o takiej wartości urbanistycznej, architektonicznej może się zgadzać na taki substandard, w jakim dzisiaj się rozwija. Choć pewnie lepszym słowem od rozwija byłoby rozrasta.

Cierpi także komunikacja. Mieszkańcy większości nowych osiedli są skazani na samochody, bo nie ma myślenia w kategoriach transportu zbiorowego. Zresztą nawet dróg często nie ma.

Kiedy w 20-leciu międzywojennym pod hasłem Wielki Kraków rozpoczęto radykalne rozszerzanie granic Krakowa i stopniowe włączanie w jego obręb siedmiu sąsiednich gmin, miasto przygotowywało plan dla danego rejonu, wyznaczało działki i budowało drogi, co znacząco podnosiło cenę parcel, a dopiero potem z zyskiem sprzedawało je inwestorom. Dzięki temu miało kontrolę nad całym procesem i jednocześnie mogło planować, gdzie za zarobione pieniądze zbuduje linię tramwajową. Dzisiaj tego nie ma, często z powodu tzw. świętego prawa własności i faktu, że miasta nie są w stanie kontrolować terenu, za który odpowiadają.

(…)

***

Dr Michał Wiśniewski – historyk architektury, pracownik Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie i Międzynarodowego Centrum Kultury. Członek zarządu fundacji Instytut Architektury. Zajmuje się badaniami nad architekturą i rozwojem miast w XIX i XX w., architekturą i sztuką nowoczesną oraz ochroną zabytków. Autor książek i artykułów, kurator wystaw.

***

Całą rozmowę można przeczytać w gazecie, która jutro trafi do kiosków.

Komentarze

  1. Ta podkowa Królewska przywołana w tekście jako pozytyw, to jest ten gwałt na wielce bronionej przez was Młynówce Królewskiej?

    • Nie potrafię odpowiedzieć, bo nie wiem, o który gwałt chodzi. Było ich przynajmniej kilka. Ale też nie widzę, gdzie w tekście Podkowa jest przywoływana jako wzór?

      • To radzę się orientować zanim się coś wrzuci 🙂 Zestawione jako przeciwieństwo strasznego SC sugeruje, że jest całkiem ok. To ten bloczek wbity klilnem w młynówkę koło internatu na Szablowskiego.

  2. Drogi Panie Mateuszu,

    Niestety w tym, o którym gwałcie na Młynówce Pan pomyśli, to ja się wcześniej nie mogę zorientować. 🙂 Widzę w rozmowie zestawienie wysokości budynków i widzę różnicę między SC i Podkową, choć sam Podkowy specjalnie nie lubię – za płoty, które ją okalają.

    Pozdrowienia,
    Tomek

Dodaj komentarz