Czy prezydent Majchrowski zmusi mnie do emigracji? Niezależność mediów w krakowskiej praktyce

autor

„Nawet osoby ci nieprzychylne przyznają, że dobrze piszesz, ale twoje awanturnictwo medialne i przedstawianie spraw miejskich w świetle, które źle rzutuje na prezydenta, nie jest mile widziane przez wielu urzędników. Wiele osób otwarcie stawiało sprawę: czy miasto musi na pewno finansować działalność miesięcznika, który współpracuje z awanturnikiem, który w dodatku kontaktował się z Gibałą w czasie, gdy rozstrzygało się referendum?” – takie słowa usłyszałem niedawno na swój temat po siedmiu latach stałej współpracy z miesięcznikiem „Kraków”.

Nacisków ze strony miasta, abym w miesięczniku nie publikował, oczywiście nie ma żadnych. Prezydent nawet o tym nie pomyślał. Ot tylko skrytykował ponad rok temu fakt, że napisałem źle o Trasie Pychowickiej w wariancie autostradowym, skrytykowałem jego zastępcę Trzmiela i opisałem sprawę planowanego zniszczenia Jaskini Wiślanej. Po tej rozmowie mój kolejny tekst spadł, ale w końcu wszystko wróciło do normy – redakcja nie zgodziła się na ingerowanie w sprawy redakcyjne, a prezydent to zaakceptował. I tak przez półtora roku byłem żywym przykładem tego, że jednak da się robić w Krakowie prawdziwie niezależne media publiczne i takim przykładem był właśnie miesięcznik „Kraków”. Finansowany przez miasto, założony z inicjatywy i przy wsparciu Jacka Majchrowskiego – ale dopuszczający na swych łamach nawet takiego „medialnego awanturnika”, jak moja skromna osoba.

Do czasu. Niewybaczalnym grzechem z mojej strony było poinformowanie przeze mnie Łukasza Gibałę, że są w mieście koncepcje, by wykorzystać miesięcznik, który przecież jakoś współtworzyłem i którego atutem był właśnie pluralizm opinii, do kampanii przeciw Gibale. Urzędnik miejski wybaczy wszystko, ale nazwisko Gibała działa na niego jak płachta na byka. Nacisków nie ma żadnych, ale ze stopki redakcyjnej i z kolegium redakcyjnego zostałem usunięty. W białych rękawiczkach.

Lasy dla Krakowa pośrednio dzięki referendum

Sukces ma wielu ojców – tak jest m. in. w przypadku realizowanego właśnie programu zalesiania Krakowa. Pora więc przypomnieć, jak to się zaczęło i dlaczego niektórzy urzędnicy mnie tak nienawidzą. A zaczęło się od dwóch moich tekstów publicystyczno-interwencyjnych w miesięczniku „Kraków” – o tym, by powiększyć Las Witkowicki oraz o tym, że Kraków ma rekordowo niską lesistość, ale można to zmienić, bo Krajowy Program Zwiększania Lesistości przewiduje, że Kraków powinien przyjąć swój program zwiększania lesistości (przygotowanie tego drugiego tekstu było poprzedzone aż MIESIĘCZNYM researchem dziennikarskim z mojej strony).

W przypadku powiększenia Lasu Witkowickiego interwencję u prezydenta podjął wówczas na moją prośbę właśnie ówczesny poseł Łukasz Gibała. Prezydent odpisał jak zwykle – że „nie da się”.

To wtedy zacząłem drążyć temat i z researchu dziennikarskiego wyszło, że jedynym sposobem na zalesienie okolic Lasu Witkowickiego jest przyjęcie Powiatowego Programu Zwiększania Lesistości. Również w tej sprawie interweniował Gibała, również wówczas „się nie dało”, ale na szczęście udało się to Dominikowi Jaśkowcowi, który zrobił w tej sprawie kawał dobrej roboty i dokonał niemożliwego. Dominik przygotował uchwałę zalesieniową, która na dzień przed głosowaniem o mało nie przepadła w komisji – obiekcję mieli m. in. prezydenccy oraz niektórzy radni PiS. Jako inicjator dziennikarskiej akcji interwencyjnej „Lasy dla Krakowa” podjąłem wówczas interwencję u prezydenckich. Mój argument był prosty: Gibała robi referendum pod hasłem betonowania Krakowa, a wy chcecie uwalić sensowną uchwałę zalesieniową Dominika Jaśkowca. Uchwałę, z której wówczas wszyscy, włącznie z częścią miejskich aktywistów, robili sobie heheszki. Jeśli zagłosujecie przeciw, wasz wybór, ale ja o tym napiszę, nagłośnię to i skontaktuję się z Łukaszem Gibałą prosząc go, by wykorzystał ten fakt jako kolejny argument, że Kraków jest betonowany.

Zadziałało. Uchwała przeszła, choć prezydent wniósł poprawkę ją rozmiękczającą i rozwlekającą wykonanie w czasie. Zarząd Zieleni Miejskiej rozstrzygnął niedawno przetarg na Powiatowy Program Zwiększania Lesistości, który ruszy od przyszłego roku – ale już teraz lasy są sadzone. Wszyscy się tym chwalą – ale mnie niektórzy z bliskiego otoczenia prezydenta za tę nieujawnianą wcześniej sprawę znienawidzili.

Na tym między innymi polega moje „awanturnictwo medialne” i grzech niewybaczalny – kontakty z Gibałą. Do tego doszły jeszcze opisywane przeze mnie afery w parkach krajobrazowych, nad którymi nadzór ma PSL. A to właśnie ludowcami otacza się nasz prezydent.

Efekt mrożący: możesz pisać, ale pozbawimy cię źródeł dochodu

Nacisków ze strony miasta nie ma, ale efekt jest taki, że z miesięcznika mnie wyrzucono (ostatni mój tekst ukaże się w numerze majowym, w którym po kilku latach zniknęło już moje nazwisko ze stopki redakcyjnej), a ja jestem bez stałej pracy i podstawy do ubezpieczenia zdrowotnego. Ale wolność słowa jest, mogę sobie przecież do woli pisać krytycznie na Krówce pro publico bono. Do więzienia nikt mnie przecież nie zamknie. Znaj łaskawość prezydenta.

Problem w tym, że dziennikarz zawodowy potrzebuje z czegoś żyć, a istotnym źródłem finansowania większości krakowskich mediów są środki z reklam i patronatów pochodzących od miasta. Dotyczy to nie tylko mediów publicznych (czyli m. in. Miesięcznika „Kraków”), ale też komercyjnych.

Jest tak z różnych powodów – głównie dlatego, że czytelnicy nauczyli się, że za treści się nie płaci, a reklamy się blokuje. Inaczej niż na Słowacji, gdzie istnieje kultura płacenia przez Czytelników za dobre dziennikarstwo, zwłaszcza interwencyjne (np. poprzez prenumeraty cyfrowe).

I tu przechodzimy do sedna. Od kilku miesięcy pracuję wraz z partnerami nad projektem nowego ukraińskojęzycznego portalu, którego celem będzie pomoc w integracji Ukraińców mieszkających w Krakowie. Jest ich już 40 tysięcy i będzie przybywać. W interesie miasta jest, by przeznaczyć pewne środki na działalność służącą integracji tej społeczności, co właśnie chcielibyśmy robić. Jest zresztą w tym temacie stworzony program „Otwarty Kraków”. Jest oczywiste, że powodzenie tego projektu, a zarazem mojej dalszej obecności w tym mieście, zależy wprost od współpracy (także finansowej) z Miastem.

W normalnej demokracji fakt, iż w innych miejscach podejmuję tematy interwencyjne, które urzędnikom są często nie na rękę, nie ma prawa wpływać w żaden sposób na decyzję o przyznaniu bądź nie przyznaniu środków na inny projekt, w którym będę zaangażowany.

Ale jest jeszcze ciekawiej. Bez dotacji z miasta się obędziemy. Ale czy miasto nie powie moim partnerom: słuchajcie, wy tam współpracujecie przy innym projekcie z tym „awanturnikiem medialnym”, to może niekoniecznie powinniśmy umieszczać u was reklamy?

To oczywiście żart, o nic takiego krakowskich urzędników nie podejrzewam. Wszak żadnych nacisków nie ma. A moje nazwisko zniknęło ze stopki redakcyjnej przez przypadek. A tak w ogóle to przecież miasto chętnie się reklamuje na „Krowoderskiej” i portalu „Port Europa”, zleca mi analizy na temat tras rolkarskich (żart oczywiście), więc „o co kaman”?

Efekt mrożący. Sprawdźcie sobie Państwo w Googlach, co należy rozumieć pod tym pojęciem. W skrócie – powstrzymywanie się dziennikarzy przed podejmowaniem krytycznych tematów w obawie, że wpłynie to negatywnie na ich sytuację zawodową, że mogą przez to stracić pracę, źródło utrzymania, czy nawet drobne zlecenie będące jedyną podstawą dla ubezpieczenia zdrowotnego, jak stało się w moim przypadku. Efektem mrożącym nie jest nawet sam fakt podjęcia jakichś działań w tym zakresie, ale sytuacja, w której sami dziennikarze się tego obawiają i mają w ich odczuciu ku temu powody.

Z rychłym uruchomieniem portalu dla Ukraińców Krakowa wiążę swoją przyszłość zawodową w tym mieście, zwłaszcza że poświęciłem tej sprawie pół roku przygotowań (i moi partnerzy również). Kontynuując pracochłonne przygotowania, zaczynam jednak powoli robić listę rzeczy do spakowania na wypadek, gdyby jednak, wicie rozumicie, efekt mrożący nastał. Nie bez powodu w grudniu zeszłego roku nawiązałem współpracę dziennikarską ze słowackim Dennikiem N i całkiem nieźle mi idzie pisanie w języku słowackim (w ukraińskim również). Na odległość (z samej wierszówki) z tego utrzymać się nie da, ale zawsze to jakaś alternatywa, gdyby trzeba było szukać stałego zatrudnienia.

Może w Bratysławie się uda. Tam cenzura jeszcze nie sięga, a media są wolne i niezależne – głównie dzięki kulturze płacenia za treści i nieblokowania reklam.

W Krakowie chcę jednak zostać: nadal realizować się tu dziennikarsko, podejmować ważne dla Czytelników tematy interwencyjne często dla Miasta nieprzychylne, a równocześnie współpracować finansowo z Miastem przy realizacji portalu dla Ukraińców, co moim zdaniem JEST do pogodzenia. Coraz mniej jednak wierzę w to, że jest to możliwe. Jest więc duża szansa na to, że Kraków w końcu pozbędzie się problemu swojego medialnego awanturnika, co to za dużo o tej zieleni pisze i z Gibałą czasem koresponduje. Będzie nam się żyło lepiej, w to nie wątpię.

Komentarze

  1. Po takim numerze, to cała opozycja: Korwin, Gibała, Kukiz, Razem powinni zewrzeć szyki i wspólnie zaprotestować…
    … a nie, przepraszam, zapomniałem przecież, że w Krakowie nie ma opozycji.

  2. W „normalnej demokracji” na którą tak ochoczo się powołujesz, przede wszystkim istnieją inne źródła finansowania niż państwo – prywatny mecenat, oddolne wsparcie itp. – ale, co istotne, także osoby pełniące takie funkcje jak Ty nie szukają ich dopiero jak odetnie się ich od publicznej kroplówki, w panice i z wielkim jojczeniem.

    Wybacz te słowa, ale szlag mnie trafia, jak widzę kolejną inicjatywę, która przez lata może niewielkim strumieniem, ale czerpała publiczne źródełko, osiadła przez to na laurach i drze szaty tudzież łka jak nagle ono się skończyło. Trzeci sektor po nastaniu PiS jest pełen takich organizacji co w swojej obywatelskości rozsiadły się na grantach i z jednej strony jako osoba, która spędziła wiele lat w działając podobny sposób im współczuję, z drugiej bulwersuje mnie taki brak profesjonalizmu i uzależenienie.

    Lepiej byś w czasie spędzonym na wylewanie tych żali gdybyś umieszcił wielki banner na górze strony z prośbą o darowiznę. W dziale Fundacja nie ma nawet nr konta, by Cię wesprzeć, nie mówiąc o szerzej zakrojonych akcjach. Zobacz jak robi to choćby Nowy Obywatel czy Kultura Liberalna. Zwróć przy okazji uwagę, że oni nie stosują jakiś miernych szantaży emocjonalnych typu „bo się wyprowadzę”. Szlak jest przetarty.

    Życzę Ci z całego serca powodzenia projektu ukraińskiego – bo w istocie temat istotny i na czasie – tylko nie wal fochów jak coś Ci nie wyjdzie i pomyśl o tzw. dywersyfikacji źródeł przychodu.

  3. Płaczesz, płaczesz. Czy wiesz ilu jest w Krakowie dzienikarzy bez pracy, absolwentów dziennikarstwa, bez pracy? Nie. Ty jesteś biedny i pokrzywdzony. Odcięto Ci budżetową pępowinę i nie możesz się z tym pogodzić. Aplikuj do wydawcy prywatnego. tam się na 100% wykażesz. Jesteś dobry – będziesz miał pracę. Jest w Tobie wiele roszczeniowości. I niewyrażonego wprost oczekiwania opiekuńczości państwowej. Sądzę, że to nie Twoja wina, zostałeś uformowany w innej rzeczywistości. Słowacja? Skoro tak wybrałeś … Twoje życie w Twoich rękach.

Dodaj komentarz

Ostatnie w kategorii "Dwójka"

filipiny blog filipiny ceny siquijor island
Idź na górę