Ramus z osiedla Zielonego. “Trzeba serce w to włożyć, a nie patrzeć na kasę”
“Trzeba serce w to włożyć, a nie patrzeć na kasę. I małą łyżeczką, a ciągle.”
Są takie miejsca, które nie potrzebują reklamy, bo od dawna działają na najmocniejszą możliwą rekomendację – pamięć ludzi. Na osiedlu Zielonym 19 jednym z takich adresów jest sklep zoologiczny Ramus. Dla jednych to po prostu punkt, w którym kupuje się karmę i akcesoria. Dla innych – miejsce znane od dzieciństwa, do którego wraca się z przyzwyczajenia, sentymentu i zaufania. Sklep działa tu od ponad 40 lat, a od 2013 roku prowadzi go pani Agnieszka, która o zwierzętach, klientach i osiedlowym handlu wie naprawdę dużo.
To nie jest historia o biznesie z wielkim planem i strategią rozpisaną na lata. To raczej opowieść o przypadku, który z czasem zamienił się w zawód, codzienność i sposób na życie.
Działalność mam od 1996 roku. Pierwszy sklep był na Wybickiego. Później kolejny, przez 17 lat, prowadziłam sklep na osiedlu Piastów. Ten tutaj przejęłam w 2013 roku – opowiada.
Punkt na Zielonym przejęła po poprzednim właścicielu, dobrze znanym w okolicy.
Nie jesteśmy rodziną. Znaliśmy się wcześniej z hurtowni i z osiedla – mówi.
W tej historii nie chodzi jednak o wielkie zwroty akcji. Najważniejsza jest ciągłość. Jedno miejsce przechodzi w drugie, lata pracy zazębiają się ze sobą, a wokół cały czas są zwierzęta i ludzie. Bo choć sklep zoologiczny kojarzy się przede wszystkim z karmą, smyczami czy żwirkiem, tutaj równie ważne są rozmowy, zaufanie i pamięć klientów.
Przypadek, od którego wszystko się zaczęło
Początek wcale nie był tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać. Nie było wielkiego planu pod tytułem: od dziś zajmuję się zoologią. Był za to zwyczajny życiowy splot.
Sklep w ogóle otworzył mąż z teściową. To był sklep plastyków, a artykuły dla zwierząt były takim dodatkiem – wspomina pani Agnieszka.
Ten “dodatek” z czasem zaczął zajmować coraz więcej miejsca – nie tylko na półkach, ale też w codziennym życiu. Właśnie tak zaczęła się droga, która trwa już prawie 30 lat.
Cały czas ze zwierzątkami. Trzydzieści lat będzie – mówi z uśmiechem.
W tym krótkim zdaniu słychać zresztą coś więcej niż sam staż. To raczej opowieść o rytmie życia, w którym człowiek uczy się nie tylko asortymentu, ale też ludzi, ich przyzwyczajeń i tego, jak bardzo przez lata zmienił się świat zwierząt domowych.
Zwierzęta są dziś pełnoprawnymi członkami rodziny
Gdy pytam, co przez te lata zmieniło się najbardziej, odpowiedź przychodzi od razu: podejście.
Ludzie kochają te zwierzęta cały czas tak samo, albo jeszcze bardziej – mówi właścicielka Ramusa. – To są rzeczy, które zawsze będą potrzebne.
Kiedyś pies czy kot był po prostu częścią domu. Dziś bardzo często staje się pełnoprawnym członkiem rodziny. A to zmienia wszystko – od sposobu karmienia po wybór akcesoriów i gotowość do szukania lepszych, bardziej świadomych rozwiązań.
Zupełnie inne podejście jest do zwierząt niż 20 lat temu – podkreśla.
W sklepie widać to bardzo wyraźnie. Klienci nie kupują już po prostu “czegoś dla psa”. Coraz częściej pytają konkretnie, czytają składy, sprawdzają jakość i chcą wiedzieć, co naprawdę trafia do miski ich zwierzęcia.
Klienci czytają składy i pytają o karmy monoproteinowe
Rozmowa szybko schodzi na jakość produktów. To jeden z ciekawszych wątków, bo pani Agnieszka pamięta początki rynku karm w Polsce – czasy, gdy wybór był niewielki, a kolejne marki dopiero wchodziły do sklepów.
Pierwsze karmy, jakie były, to Chappie i Pedigree. Później wszedł Royal i tak pomału wchodziły na rynek kolejne firmy – wspomina.
Dziś ten rynek wygląda zupełnie inaczej. Nie tylko dlatego, że samych produktów jest znacznie więcej. Zmienił się również klient.
Zdecydowanie są bardziej świadomi. Patrzą na zawartość mięsa w karmie, żeby to był jeden rodzaj mięsa. Pytają o karmy monoproteinowe – mówi.
To nie jest moda dla samej mody. Za tą zmianą stoją też realne problemy zdrowotne zwierząt, które – jak zauważa właścicielka – pojawiają się coraz częściej.
Teraz większość zwierząt jest alergikami. Tak samo psy, jak i koty – zauważa. – To się przez lata bardzo zmieniło.
Skąd to się bierze? Pani Agnieszka nie próbuje budować wielkich teorii. Mówi prosto, z perspektywy kogoś, kto przez lata obserwuje codzienność klientów i ich zwierząt.
Pewnie jak u nas – po jedzeniu, po wszystkim. To się po prostu nasila.
W tych kilku zdaniach jest więcej praktyki niż efektownych haseł. Bez zadęcia, bez mądrowania się, za to z doświadczeniem osoby, która od dekad patrzy, jak zmieniają się potrzeby zwierząt i ich opiekunów.
W osiedlowym sklepie sprzedaje się też zaufanie
Ramus nie jest tylko miejscem sprzedaży. To także punkt, do którego przychodzi się po poradę. I właśnie to najlepiej pokazuje, jaką rolę pełnią dziś takie osiedlowe sklepy.
Tak, często przychodzą po porady – mówi pani Agnieszka. – Pytają na przykład, dlaczego psu coś się na skórze zrobiło, czemu liże się między łapami. Dużo takich rzeczy.
To ważne, bo pokazuje, że dla wielu osób taki sklep jest pierwszym adresem w codziennych, drobnych problemach. Oczywiście nie zastąpi weterynarza, ale doświadczenie zdobywane przez lata daje coś bardzo cennego – wyczucie, praktykę i umiejętność słuchania.
Tę wiedzę nabyłam z rozmów przez 30 lat z klientami. Zawsze się człowiek czegoś uczy – mówi.
W tym zawodzie trudno oddzielić sprzedaż od relacji. Jedno napędza drugie. Im więcej rozmów, tym większa wiedza. Im większa wiedza, tym większe zaufanie klientów.
Wracają tu ci, którzy pamiętają sklep z dzieciństwa
W Ramusie spotykają się różne pokolenia. Przychodzą młodzi, starsi, stali bywalcy, ale też ci, którzy zaglądają po latach, bo pamiętają to miejsce jeszcze z dzieciństwa.
Dużo jest takich klientów, że przychodzą zobaczyć, jak wygląda sklep na obecną chwilę, bo pamiętają go jeszcze z dzieciństwa – opowiada właścicielka.
Kiedyś sklep wyglądał inaczej – bardziej klasycznie zoologicznie. Były rybki, myszki i inne zwierzęta. Dla wielu dzieci sama wizyta była atrakcją.
Dziś Ramus działa już w innym modelu.
Teraz koncentruję się tylko na akcesoriach dla zwierząt – mówi pani Agnieszka. – Hodowla zwierząt raczej już się nie opłaca.
To kolejny znak czasu. Coraz mniej sklepów zoologicznych decyduje się dziś na sprzedaż zwierząt. Ramus skupia się na tym, co potrzebne na co dzień – produktach dla psów, kotów, gryzoni i akwarystyce.
Bardziej tak przyziemnie – psy, koty, akwarystyka, gryzonie – słyszę.
I właśnie ta “przyziemność” okazuje się tutaj atutem. Bez egzotyki na pokaz, bez gonienia za dziwnością. Za to z naciskiem na realne potrzeby zwykłych klientów i ich zwierząt.
“Jak mnie nie było, to potrafili wrócić później”
W pewnym momencie ta rozmowa przestaje być opowieścią wyłącznie o sklepie. Zaczyna być opowieścią o więzi z ludźmi. Pani Agnieszka mieszka na tym samym osiedlu, więc jest tu nie tylko sprzedawczynią, ale też sąsiadką.
Mam bardzo dobry kontakt z klientami. Poza tym mieszkam na tym osiedlu -podkreśla.
To robi różnicę. Zwłaszcza w miejscu, które funkcjonuje od lat i gdzie relacji nie buduje się kampanią reklamową, tylko codzienną obecnością.
Mam takich klientów, że jak ktoś mnie zastępował, to przychodzili i pytali o mnie. Albo widzieli, że mnie nie ma, i wracali wtedy, kiedy byłam – opowiada.
To właściwie najlepsza możliwa recenzja. Mówi nie tylko o jakości obsługi, ale też o czymś znacznie trudniejszym do uchwycenia – osobistym zaufaniu. Klienci nie przywiązują się wyłącznie do miejsca. Przywiązują się do człowieka.
Musi pani być – tak mi czasem mówią – śmieje się.
I trudno o lepszy dowód na to, że dla wielu osób Ramus jest sklepem z twarzą. Takim, którego nie da się oddzielić od osoby stojącej za ladą.
Dwa sklepy naraz? “Nie da się rozdwoić”
Przez pewien czas pani Agnieszka prowadziła jednocześnie dwa sklepy – ten na Zielonym i ten na osiedlu Piastów. Ostatecznie w 2017 roku zamknęła ten drugi.
Powód? Bardzo prosty. I bardzo ludzki.
Na dwa sklepy to się nie dało. Za duży obowiązek. Człowiek nie ma czasu – mówi. – Nie da się rozdwoić.
Brzmi prosto, ale jest w tym sporo życiowej mądrości. Z wiekiem coraz wyraźniej widać, że nie wszystko da się przeliczyć na większy obrót i więcej zajęć.
To idzie też na jakość. Człowiek zauważa, że ta wolność i ten czas to jest coś niezastąpionego. Można robić kasę, ale ileż można? Dni lecą między palcami – mówi.
To jeden z najmocniejszych momentów tej rozmowy. Niby o prowadzeniu sklepu, a tak naprawdę o proporcjach między pracą a życiem. O tym, że doświadczenie uczy nie tylko handlu, ale też właściwych granic.
Telefon o karpia i suma trafił do sklepu z akwariami
W sklepie prowadzonym przez tyle lat nie może zabraknąć anegdot. I rzeczywiście – jedna z historii została z panią Agnieszką na długo.
Na Piastów graniczyłam z koleżanką, która prowadziła spożywkę. Ja miałam wtedy rybki. I zadzwonił pan, który chciał zamówić karpia, suma, coś mrożonego – opowiada.
Tyle że trafił pod zły numer.
A ja mu mówię, że mam w ofercie skalary i glonojady – śmieje się.
To tylko drobna pomyłka, ale właśnie z takich scen składa się codzienność osiedlowych sklepów. Z historii, które nie trafiają do wielkich kronik, ale zostają w pamięci na lata, bo są zwyczajne, ludzkie i prawdziwe.
Serce ważniejsze niż szybki zysk
Na koniec pytam o radę dla kogoś, kto dziś chciałby otworzyć własny sklep zoologiczny. Odpowiedź nie brzmi jak formułka z poradnika biznesowego.
Trzeba serce w to włożyć, a nie patrzeć na kasę. I małą łyżeczką, a ciągle – mówi pani Agnieszka.
To zdanie dobrze podsumowuje całą historię Ramusa. Nie ma tu opowieści o spektakularnym sukcesie z dnia na dzień. Jest coś znacznie bardziej wiarygodnego: codzienna obecność, cierpliwość, uczciwość, znajomość ludzi i prawdziwa sympatia do zwierząt.
Może właśnie dlatego ten sklep działa już tyle lat. I może właśnie dlatego klienci nadal wracają tu nie tylko po zakupy, ale też po rozmowę, poradę i zwykłą pewność, że po drugiej stronie lady stoi ktoś, kto naprawdę wie, co robi.
Czytaj więcej:

















