„Records Dillaz”. Winylowy azyl na Kazimierzu
– “Records Dillaz” to trochę zakład pracy, a trochę archiwum emocji. Przez te wszystkie lata przewinęły się przez nasze ręce pewnie nawet setki tysięcy używanych płyt – każda z jakąś historią, czyjąś muzyczną zajawką, czasem ze wspomnieniem – mówi Bartek, współwłaściciel krakowskiego sklepu z winylami, który od ponad dekady współtworzy wraz z bratem. Na Kazimierzu stworzyli miejsce spotkań, muzycznych odkryć i dobrych brzmień.
Pamiętasz ten moment, kiedy pomyślałeś: „Kurczę, otworzę sklep z winylami”?
Bartek: To był bardziej przypadek niż jakiś wielki plan. Razem z bratem interesowaliśmy się muzyką od dziecka. Nasz tata miał niezłą – jak na tamte czasy – kolekcję winyli i prasy muzycznej, którą namiętnie studiowałem. W latach 90. trochę handlowałem płytami CD – głównie po znajomych i poprzez komis Music Corner, a wcześniej sklep Virus na Floriańskiej. Lubiłem muzykę, miałem do niej dostęp, przywoziłem coś z zagranicy i puszczałem dalej. Ale żeby z tego zrobić sklep? Wtedy to była abstrakcja.
W 2000 roku wylądowałem na dłużej w Londynie – tam zajawka mocno się rozrosła, dołączyły do niej winyle. Spędzałem mnóstwo czasu w sklepach płytowych i charity shops, płyt było coraz więcej. Mój brat też się wkręcił – został DJ-em, zaczął grać imprezy z winyli, zbierać płyty, a przy okazji sprzedawać – głównie znajomym DJ-om oraz trochę na portalach aukcyjnych. Często bywał w Londynie na zakupach płytowych.
Dopiero po powrocie z Anglii – bez pracy i bez konkretnego pomysłu – pomyślałem, że może warto spróbować. Przegadaliśmy temat z bratem i ruszyliśmy ze sklepem. Records Dillaz wystartował w 2011 roku.
Startowaliście trochę na czuja, czy miałeś już wtedy wyrobione ucho i rozeznanie?
Wydawało nam się, że coś wiemy. Ale szybko okazało się, że to, co znasz ze swojego muzycznego podwórka – choć wydawało nam się, że jest dość duże – to tylko wycinek całego winylowego świata. Gatunków jest masa, klientów jeszcze więcej, a każdy z innymi gustami i oczekiwaniami. Uczyliśmy się wszystkiego na bieżąco – co się sprzedaje, czego ludzie szukają, czego brakuje. To był chrzest bojowy, ale też świetna szkoła. Zresztą nadal jest – uczymy się cały czas.
Jak wyglądał wtedy krakowski rynek winyli?
Dość pusto było. Pamiętam, że akurat zamknął się Rezerwat Winyli na Kazimierzu – (nasza największa półka na winyle pochodzi właśnie stamtąd). Był jeszcze kultowy sklep Tomka na Smolki. Tomek to legendarna postać w historii krakowskich sklepów płytowych – przez lata pracował w Pop Magic, a potem prowadził swoje sklepy na Zwierzynieckiej i Smolki.
Pop Magic to w ogóle mój pierwszy i ulubiony sklep płytowy z dawnych czasów. Załapałem się jeszcze na kilka wizyt w starej lokalizacji, w obskurnym podwórku naprzeciwko Teatru Bagatela. Wizyty tam zawsze były obarczone sporym ryzykiem – można było wrócić bez płyt i kaset, a nawet bez koszulki, paska czy butów. Kto bywał tam jako dzieciak, ten wie. Później na szczęście przenieśli się w bezpieczniejsze miejsce – na drugi koniec ulicy.
Od nich odziedziczyliśmy też element wyposażenia sklepu – wahadłową półkę na CD. Jesteśmy jej już czwartym domem – po Pop Magic, Neumie i Smolki. Mamy w sklepie półkę, którą przeglądałem jako dzieciak. Co do czasu, kiedy zaczynaliśmy – był też jeszcze Music Corner, ale oni byli bardziej nastawieni na nowe rzeczy, głównie CD. A my chcieliśmy postawić na używane winyle – coś z duszą, z historią. Płyty, których nie można było wtedy kupić w Krakowie nigdzie indziej. Chciałbym jeszcze zaznaczyć, że choć większość naszej oferty stanowią płyty winylowe, to mamy także sporo CD i kaset magnetofonowych.
Czyli Records Dillaz zrodził się z miłości do muzyki?
Zdecydowanie. To nie był ruch biznesowy. Nie mieliśmy dużego budżetu, strategii, biznesplanu, tabeli Excela. Mieliśmy kilka kartonów płyt – część z naszych prywatnych kolekcji – i pomysł, że fajnie byłoby stworzyć miejsce, gdzie ludzie mogą przyjść, pogrzebać, pogadać i kupić fajną muzykę. Okazało się, że ta formuła działa.
A pomysł na lokalizację? To był od razu Kazimierz?
Chcieliśmy, żeby to było w centrum Krakowa, ale nie na samym Rynku. Miejsce na Kazimierzu znalazła moja dziewczyna. To był pierwszy lokal, jaki oglądaliśmy. Miało być z klimatem, z duszą – i takie właśnie jest.
Kto dziś do was przychodzi? Kolekcjonerzy, didżeje, nostalgiczni czterdziestolatkowie, a może młodzi, którzy szukają „brzmienia z duszą”?
Wszystko po trochu. Przekrój jest naprawdę szeroki. W ostatnich latach pojawiło się zaskakująco dużo młodych – nastolatków, studentów, ludzi po dwudziestce. Generalnie – od nastolatków po ludzi mocno po siedemdziesiątce.
Skąd bierzecie płyty? Tylko zagranica czy też lokalne źródła?
Mieszanka. Prowadzimy skup, więc ludzie przynoszą płyty – czasem coś fajnego, czasem szrot. Mamy znajomych dostawców, jeździmy tu i tam. Oprócz płyt używanych, systematycznie zwiększa się też liczba nowych tytułów – zarówno tych wydawanych współcześnie, jak i reedycji. Współpracujemy z wieloma wydawnictwami i dystrybutorami.
Masz swoją „świętą półkę”? Płytę, której nigdy nie sprzedasz?
Mam sporo takich, których nie zamierzam sprzedawać, ale nie jestem typem kolekcjonera dla samego kolekcjonowania. Raczej zostawiam to, czego naprawdę słucham. Co jakiś czas robię porządki, pozbywam się czegoś. Ale wiadomo – są takie płyty, które po prostu muszą zostać.
Widzisz różnicę między DJ-ami a kolekcjonerami?
I tak, i nie – bo często DJ-e są kolekcjonerami, a kolekcjonerzy DJ-ami. Poza tym sporo DJ-ów nie gra już z winyli – przerzucili się na laptopy, Serato, sety cyfrowe. Niektórzy nawet nigdy nie grali z winyli. A kolekcjonerzy to osobna bajka – można by o nich książkę albo pracę naukową napisać. Każdy ma indywidualne kryteria, tysiące perspektyw na zbieranie płyt. Są bardziej wyluzowani, otwarci na nowe dźwięki i tacy, którzy nie wychodzą poza swój muzyczny świat.
No właśnie – płyta jako obiekt. Jak ważna jest dla ciebie strona wizualna? Okładka, label, projekt graficzny?
Wiadomo, że fajne okładki w tym formacie robią duże wrażenie estetyczne i bardzo często tworzą całość z muzyką, co jest super. Ale są też płyty, których okładki bardzo nam się podobają, a muzyka niekoniecznie – i na odwrót. Albo takie, które nie mają w ogóle okładek graficznych – tylko label, albo i tego brak.
Masz jakąś historię, która szczególnie utkwiła ci w pamięci? Coś absurdalnego, śmiesznego?
Było tego trochę – można by książkę napisać. Sporo ciekawych ludzi z całego świata, spotkania, a czasem zderzenia z tysiącami wizji zbierania płyt i gustów muzycznych – niektórymi bardzo specyficznymi. Przez pierwsze kilka lat było sporo zabawnych momentów, kiedy ludzie wchodzili i pytali: „A co to w ogóle jest?”, „To takie sklepy jeszcze istnieją?”, „To ktoś to kupuje?”, „Produkują to jeszcze?” No i nasze ulubione: „Po ile płyty?”
Sklep to tylko sklep, czy coś więcej? Mikrospołeczność, miejsce spotkań?
Jedno i drugie. To przede wszystkim sklep – mamy ograniczoną przestrzeń, więc nie robimy wielkich eventów. Ale ludzie przychodzą pogadać, wymienić się opiniami, czasem tylko się pokręcić, pogrzebać w płytach i posłuchać, co leci z gramofonu. Miks mieszkańców Krakowa i gości z innych miast i krajów. Klienci stawali się znajomymi, znajomi zostawali klientami. Tworzy się taki mikroklimat. Records Dillaz to nasza praca, ale też wielka zajawka, pasja i sposób na życie. Czasem trudno rozdzielić te rzeczy. Przez te wszystkie lata przewinęły się przez nasze ręce może nawet setki tysięcy płyt – i nadal cieszy nas obcowanie z nimi, odkrywanie nowych artystów i dźwięków, i dzielenie się tym z innymi.
Sklep znajdziecie na Kazimierzu, a aktualności, zajawki i nowości można sprawdzać na: https://www.facebook.com/RecordsDillaz/#
***
Czytaj także:
- Śmietanka Nowohucka? Babcia, chłopak w dresie i pani z korporacji
- „Szklarz się nie kłania”. Krakowski zakład, który przetrwał wszystko – nawet wojnę
- Barbara Kańska-Bielak: moja babcia i mama współtworzyły fotograficzne dziedzictwo Krakowa
- Sushi od Mini Majka. Zjesz w Hucie, na Krowodrzy i na Dąbiu!
- “Kiedy zaczynałam pracę, Nowa Huta była pełna tych kwiatów. Pachniała różami”
- Niepozorna pracowania robi fenomenalne kołdry. “Nie mogłem się wydostać”