Scrapman – bierze złom, robi “rzeźbę”. Schodzą na pniu
Wchodzę do jego pracowni i od razu trafiam do innego świata — świata, w którym metal gra własną muzykę. Ciepły syk spawarki przecina powietrze jak oddech potwora, gdzieś z tyłu wybija rytm młotek, a zapach żaru, kurzu i starego oleju miesza się w coś, co przypomina esencję twórczej gorączki. W tym żywiole, wśród stert złomu i dziesiątek niedokończonych postaci, stoi on — Darek, znany szerzej jako Scrapman. Człowiek, który z metalu wydobywa historie, a z odpadów — drugie życie.
Joanna Urbaniec: Pamiętasz moment, w którym zwykły złom zaczął świecić ci jak materiał na sztukę?
Scrapman: Pamiętam aż za dobrze. Woziłem w bagażniku tłok od mechanika przez miesiąc. W końcu pomyślałem: „Zrobię z tego coś, żeby już nie jeździć jak idiota”. Zespawałem ludzika, wrzuciłem zdjęcie do internetu… i bum — sprzedany od razu. Po chwili ktoś napisał: „Zrobisz drugiego?”. Zrobiłem. Poszedł w sekundę. To był moment, kiedy poczułem, że w tym jest magia. Że ten proces jednocześnie mnie męczy i uspokaja. I że ręce, które kiedyś robiły drewniane ptaszki i różne figurki, wreszcie wróciły na właściwy tor. Miałem wtedy 36–37 lat. Metal mnie znalazł. Nie ja jego.
Czy metaloplastyka była świadomym wyborem, czy raczej przypadkiem, który przerodził się w pasję?
Trochę jedno, trochę drugie. Kiedyś zrobiłem zdjęcie rzeźby — włóczęgi bez nogi, stojącego gdzieś przy gdańskiej plaży. To zdjęcie tak mi weszło do głowy, że obiecałem sobie: „Kiedyś zrobię coś podobnego”. Po kilku latach los wywinął fikołka. Na Gali Aniołów Rzemiosła, gdzie byłem nominowany do nagrody natknąłem się na autora tamtej rzeźby. Pokazałem mu zdjęcie i powiedziałem: „To pan był moją inspiracją”. Wzruszył się. Ja też. To było jak sygnał: „Idziesz w dobrym kierunku”. Ale tak naprawdę wszystko zaczęło się dużo wcześniej — od tego tłoka z bagażnika.
Z jakimi materiałami pracujesz najchętniej?
Czarna stal — moja codzienność. Na złomie widzę stertę, ale w głowie zaczyna się kino: „To będzie ręka”, „to skrzydło”, „to pancerz”. Aluminium, nierdzewka też się trafiają, ale najwięcej frajdy daje mi ciężki, surowy złom. Stare części samochodowe, elementy maszyn sprzed czterdziestu lat, zużyte narzędzia — każdy z tych kawałków ma historię. Ja tylko wydobywam z nich to, co już tam jest.
Jak wygląda proces — od pomysłu do gotowej rzeźby?
Chaotycznie. Zaczynam dziesięć projektów naraz. Jak się zatnę z jednym, przechodzę do kolejnego. To twórczy bałagan, ale działa. Najbardziej lubię moment, kiedy wysyłam klientowi zdjęcie gotowej pracy. Oni nie wiedzą, co dostaną — bo nie ma szkiców ani wizualizacji. To improwizacja i ryzyko, ale właśnie na tym mi zależy. Często powstają postaci o mrocznym charakterze: wojownicy, demony, kowale, samuraje. Innym razem — lampy, stoły loftowe, balustrady, elementy ogrodowe. Sztuka miesza się z użytkowością i tworzy zupełnie nowy język.
Twoje prace zaczęły pojawiać się na pokazach, galach, w przestrzeniach publicznych. Które momenty były dla ciebie najważniejsze?
Samuraj wystawiony w Galerii Kazimierz, a pózniej pałac w Łazienkach Królewskich w Warszawie. Podczas Gali Aniołów Rzemiosła ludzie stali przy nim jak zaczarowani. Jury też. Dostałem nagrodę specjalną i to był moment, w którym powiedziałem sobie: „Okej. To jest to”. Inna historia — replika rzeźby Szukalskiego. 80 centymetrów stalowej jazdy, pełnej detali. Pan Dokier czeka na nią półtora roku. Jak odbierze, będę szczęśliwy chyba bardziej niż on. Albo stalowa koparka dla dużej firmy — nagroda na galę branżową. Nie wiedziałem, że koparka może być sexy. A jednak była. I jest też coś zabawnego: kobiety bardzo często zamawiają u mnie repliki samochodów dla swoich facetów. „Zrób mu wersję jego auta, ale ze stali”. To hit prezentowy.
Jak wyglądał start? Pracownia, klienci, pierwsze zamówienia?
Pierwszy rok był masakrycznie trudny. Inwestycje, sprzęt, reklamy, a zleceń prawie zero. Serio myślałem, że zamknę to wszystko. Ale pojawiły się pierwsze małe prace, potem większe… zaczęło to żyć. Dziś pracownia daje mi pensję choć oczywiście mogłoby być lepiej. Konkurencji jest mało — niewielu widzi w złomie materiał artystyczny. Dla większości to odpad. A dla mnie to początek historii.
To, co robisz — to bardziej sztuka czy użytkowy design?
Metal lubi użytkowość, a ja lubię metal. Robię rzeźby, ale też stoły loftowe, balustrady, lampy, bramy. Twarde rzeczy, ale z charakterem. Dla firm, kolekcjonerów, restauracji, loftów, ogrodów. Jedni chcą wojownika, inni chcą stalowy stolik. A ja lubię oba światy.
A marzenia? Dokąd zmierzasz?
W stronę dużych form. Marzą mi się monumentalne instalacje — smoki ze stali, wielcy wojownicy, postaci, które mogłyby stanąć na Błoniach albo Plantach. Kraków ma klimat pod stal. Druga część marzenia to Stany. Tam jest inny rynek, inny odbiór industrialu. Chciałbym choć chwilę tam popracować. Zobaczyć, jak moje rzeźby odnajdą się w tamtej przestrzeni.
Co jest dla ciebie najważniejsze w tym, co robisz?
Emocja. Moment, w którym człowiek patrzy na rzeźbę i widzi w niej coś więcej niż materiał. Metal mnie zmienił — dał mi cierpliwość, skupienie, pokorę. Sprawił, że robię coś, co zostaje. Co ma duszę. To pasja, która ożywia złom. I mnie też.
***
Dariusz „Scrapman” przyjmuje zamówienia indywidualne i projektowe, tworzy zarówno rzeźby artystyczne, jak i elementy użytkowe. Zainteresowani współpracą, zakupem gotowych prac lub realizacją projektu na wymiar mogą znaleźć go poprzez stronę: scrapman-art.eu, a także media społecznościowe powiązane z jego marką.
Czytaj także:
- W Nowej Hucie niepełnosprawni szyją czadowe posłania dla psów i pomagają bezdomnym
- Przyjaciel Konika. „Tu koń ma swoje miejsce, a człowiek swoje serce”
- Robi torebki ze starych jeansów. “Chcę zadbać o planetę”
- Ta firma to drugi dom dla ludzi z niepełnosprawnością. “Marzę, by mieć więcej zleceń”
- “Wolę odmówić i odesłać klienta do kogoś, kto zrobi to lepiej, niż odwalić fuszerkę i potem się wstydzić”























