“Trochę baliśmy się Nowej Huty. Ale ludzie tutaj to petarda”
– Wielu gości mówi, że gdy tu wchodzą, czują się jak w domu. I o to właśnie chodziło – mówią Jakub i Robert, właściciele restauracji. – Nie chcieliśmy tworzyć miejsca z nadętym klimatem. Chcieliśmy przestrzeni, w której każdy może usiąść, zdjąć z siebie cały dzień i po prostu pobyć — z rodziną, przyjaciółmi, sąsiadami – dodają.
Kiedy wchodzisz do MARASKA GARDEC w Nowej Hucie, od pierwszej chwili wiesz, że to miejsce żyje własnym rytmem. Gwar rozmów miesza się z niewymuszoną swobodą, a w ogrodzie pełnym zieleni i światełek czas jakby zwalnia. Nikt się tu nie spieszy. Nikt nie gra roli.
Za tym klimatem stoją Robert Maćkowski i Jakub Wilk — szwagrowie, przyjaciele, wspólnicy. Dwóch ludzi, których połączyła rodzina, gastronomia i decyzja podjęta bardziej sercem niż kalkulatorem. Robert wrócił do Polski, a Jakub, mieszkający tu na stałe, zaproponował, by wykorzystać jego kulinarną pasję i otworzyć coś własnego. Bez rozpisanych strategii. Z wiarą.
Od Irlandii do Nowej Huty
Jakub: Pomysł pojawił się właściwie znikąd. Robert z żoną wrócili z Irlandii, gdzie przez 12 lat pracował jako kucharz w hotelach i restauracjach. Już wtedy zaczęło nas nosić — chcieliśmy stworzyć coś swojego.
Robert: Pamiętam dokładnie — wróciłem do Polski, a szwagier zadzwonił: „Otwórzmy coś”. Długo nie trzeba było czekać. Następnego dnia telefon znów zadzwonił: „Znalazłem lokal”. I tak to się zaczęło.
Podczas poszukiwań lokalizacja nie była kluczowa. Liczył się pomysł i moment.
Historia miejsca i nazwy
Przestrzeń, którą znaleźli, miała już swoją przeszłość — nie zawsze najlepszą. Wcześniej działały tu różne knajpy, a opinia o miejscu bywała różna.
„Trochę się obawialiśmy Nowej Huty, która kiedyś kojarzyła się z nie najlepszą opinią. Ale dziś nie zamienilibyśmy tej lokalizacji na żadną inną. Ludzie tutaj to petarda — autentyczni, serdeczni, bez spiny” — mówi Jakub.
Nazwa również nie jest przypadkowa. MARASKA GARDEN to rodzinne dziedzictwo.
Robert: Tata Ani i Jakuba prowadził kiedyś lokal o tej nazwie przy krakowskich Błoniach. Chcieliśmy kontynuować tę historię, ale dopisać do niej własny rozdział.
Pandemia i odwaga
MARASKA powstała w czasie, gdy świat się zamykał. W środku pandemii.
„Wszyscy stukali się w czoło: ‘co wy robicie, świat się kończy’. Ale my poszliśmy na żywioł. I to była jedna z najlepszych decyzji w naszym życiu” — wspomina Jakub.
Nie było gwarancji. Była determinacja.
Domowa kuchnia, czyli 30 odsłon burgera
Kuchnia to królestwo Roberta — samouka, pasjonata, który zaczynał od trzech burgerów w menu.
„Dzisiaj mamy ich trzydzieści. Każdy inny, każdy przemyślany. Niektóre powstały z pomysłu Ani czy Karoliny. Najlepsze rzeczy rodzą się wtedy, gdy siadamy razem i testujemy” — opowiada.
MARASKA słynie z burgerów, wrapów, panini i sałatek. Obok klasyki pojawiają się autorskie kompozycje — burger z ananasem i halloumi czy ten oparty na majonezie kieleckim. Są też propozycje roślinne.
„Kuba jest team Winiary, ja team Kielecki — i tak powstał nasz burger kielecki. Lubię kombinować. Dla mnie gotowanie to zabawa. A ludzie to czują” — dodaje z uśmiechem.
Miejsce z duszą – imprezy, śluby i stypy
Od początku MARASKA miała być czymś więcej niż restauracją.
„Robimy dosłownie wszystko — urodziny, komunie, chrzciny, rocznice, wieczory panieńskie, wesela, a nawet stypy. Ludzie wiedzą, że mogą przyjść tu z każdą okazją i zawsze będzie klimat” — mówi Jakub.
Ogród pomieści nawet 200 osób, a przy zorganizowanych wydarzeniach bez problemu obsługują setkę gości.
„To działa, bo każdy czuje się tu jak w domu. Dzieci biegają po ogródku, dorośli mają swoje piwko. Latem to czyste show” — śmieje się Robert.
Zaskoczenia i lekcje z prowadzenia knajpy
Czy coś ich zaskoczyło?
Robert: Dużo się nauczyliśmy. Największym zaskoczeniem była jednak serdeczność ludzi. Mieliśmy pewne obawy, a dostaliśmy totalnie pozytywną energię.
Jakub: Stworzyliśmy małą społeczność. Ludzie się znają, machają do siebie, wpadają porozmawiać. To największy komplement — że czują się tu jak u siebie.
Rodzinny biznes
W MARASCE wszystko zostaje w rodzinie. W kuchni Robert, na sali Jakub, za barem Ania i Karolina. Karolina wspiera także kuchnię podczas nieobecności Roberta.
„Wszyscy mówili, że rodzina w biznesie to zły pomysł. U nas to działa. Pracujemy razem, a w wolnym czasie jeździmy razem na wakacje” — mówi Kuba.
Gastronomia z sercem
Nie idealizują branży.
„Gastronomia to nie bajka. To stres, nerwy, czasem łzy. Ale kiedy widzisz, że ludzie wracają, uśmiechają się, dziękują — wszystko nabiera sensu” — mówi Robert.
Menu zmienia się dwa razy w roku, sezonowo. Nic nie jest mrożone, wszystko powstaje na świeżo. A jeśli czegoś zabraknie — trudno. „Lepiej powiedzieć, że nie ma, niż kombinować.”
Społeczność, klimat, pasja
Dla nich MARASKA to coś więcej niż biznes. To sposób na życie.
„Wielu gości mówi, że gdy tu wchodzą, czują się jak w domu. I o to właśnie chodziło. Rodzinne zdjęcia na ścianach, ogród, światełka — nic udawanego. Wszystko robimy sami, swoimi rękami” — mówi Jakub.
Największy komplement? Gdy ci, którzy byli tu na początku, wracają po pięciu latach i mówią: „Cieszymy się, że jeszcze tu jesteście.”
Nowe plany
Po pięciu latach MARASKA ma się znakomicie, a tempo nie słabnie.
„Otwieramy drugi lokal przy ulicy Bulwarowej — trochę inna koncepcja, ale z tym samym klimatem: smacznie, luźno, z dobrą energią.”
Nazwa MARASKA 2? Jeszcze nie. Ale pomysłów na rozwój im nie brakuje.
Na koniec
Co powiedzieliby komuś, kto marzy o własnej restauracji?
Robert: Nie czekaj. Jeśli masz pasję — po prostu zrób to.
Jakub: Trzeba mieć trochę odwagi, trochę szaleństwa i dużo serca. Reszta przyjdzie sama.
Czytaj także:























