Nauczył się u teściowej. Robi witraże już ponad 25 lat. “To świetna droga”
Pan Krzysztof Małota, rzemieślnik z ponad 25-letnim doświadczeniem, robi witraże techniką Tiffany’ego — od misternych aniołków po większe dekoracje i lampy. Znajdziecie go w kamienicy przy al. Juliusza Słowackiego 38. Pracownia to Boo-Kaa Design.
Panie Krzysztofie, jak zaczęła się Pana przygoda z witrażami?
Krzysztof Małota: To naprawdę rodzinna historia. Moja dziewczyna nauczyła się tej techniki od swojej mamy — teściowa prowadziła pracownię już od końca lat 90., zaczynając od tzw. „pseudo-witraży”, a później przeszła na prawdziwe szklane dzieła. Dołączyłem trochę później, i to było naturalne rozwinięcie tej tradycji. Zafascynowało mnie, jak szkło ożywa, gdy wpada przez nie światło — to działa trochę jak fotografia, a mój dyplom z atelierowej fotografii bardzo mi pomaga w komponowaniu form i kolorów.

A pamięta Pan swój pierwszy witraż?
Tak — to było coś w stylu małego zwierzątka, być może żółwia. Wyzwaniem było wszystko: cięcie szkła, szlifowanie krawędzi, by pasowały idealnie. Wtedy cierpliwość i manualna precyzja były kluczowe. Na początku jest ciężko, bo szkło potrafi płatać figle, ale z czasem ten proces staje się naturalny.
Jak wygląda etap od pomysłu do gotowego witraża?
Najpierw jest projekt — rysujemy szkic, często wspólnie z klientem. Potem tniemy szkło na kawałki, każdy element szlifujemy, oklejamy taśmą miedzianą i lutujemy cyną. Na koniec patynujemy i polerujemy, by uzyskać odpowiedni połysk. Używamy techniki Tiffany’ego — to daje ogromną precyzję, szczególnie w mniejszych formach, takich jak lampy czy dekoracje. Wymaga to dużego stołu roboczego, osobnej pracowni i sprzętu — bo lutowanie to opary, szlifowanie szkła to hałas. Mała pracownia nie wystarczy — potrzeba miejsca na tafle szkła, narzędzia i bezpieczne warunki pracy.
Skąd pochodzą kolory i tekstury szkła, które Pan wykorzystuje? Czy klient sam decyduje, jakie szkło trafi do jego projektu?
To zależy — czasem klient ma konkretną wizję, chce określony odcień, innym razem zostawia to nam. Przy podejściu do szkła kierujemy się nie tylko kolorem, ale też jego fakturą. W kościołach, gdzie witraże są mocno naświetlone, stosujemy szkło mniej transparentne lub takie, które było wypalane – żeby światło nie przebijało nadmiernie. Mamy szkła z różnych miejsc — importujemy je z USA, Chin, Niemiec, a także korzystamy z polskiego szkła z Jasła. Nie stosujemy warstwowych kompozycji — w naszej technice każdy kawałek musi być dopasowany precyzyjnie, a nie nakładany jak malarskie warstwy.
Trzyma się Pan całkowicie tradycyjnych narzędzi, czy wprowadza nowe rozwiązania?
U nas to klasyka: noże do cięcia szkła, szlifierki, lutownice. Technika Tiffany’ego nie zmienia się od dekad — robimy wszystko ręcznie, bez skrótów. Choć czasem eksperymentujemy z nowymi fakturami szkła, fundament pozostaje ten sam. W 99% — tradycja. Nowoczesność to jedynie nowe rodzaje szkła, ich faktury i barwy, ale sam proces pozostaje rzemieślniczy.
A zdarza się, że poprawia Pan pomysły klientów, by były bardziej funkcjonalne?
O tak. Czasem klient ma wizję, która jest piękna, ale trudna technicznie. Wtedy delikatnie sugerujemy korekty — chodzi nam nie tylko o estetykę, ale też o praktyczny wymiar projektu. Chcemy, żeby witraż nie tylko zachwycał, ale był trwały i bezpieczny. Nie wszyscy wiedzą, jak zachowuje się szkło albo jak będzie wyglądać po zlutowaniu. Tłumaczymy, doradzamy, proponujemy korekty. Chodzi o to, żeby efekt był spójny i technicznie wykonalny.
Jak zmieniło się Pana podejście przez te lata?
To dla mnie przede wszystkim pasja, nie tylko sposób zarabiania. Robię to od ćwierć wieku i czuję, że mój styl po prostu się ukształtował. Ludzie z daleka rozpoznają nasze prace — ale nie myślę o tym w kategoriach konkurencji. Po prostu robię swoje, bo lubię to robić.
A co było największym projektem, który przyniósł Panu satysfakcję?
Myślę o witrażu do kancelarii nad wejściem — dość duży, skomplikowany. Albo lampy w klatce schodowej w innej realizacji. Jest też projekt z winogronami do drzwi — to było wymagające materiałowo, ale efekt był naprawdę piękny.
Lokalizacja ma dla Pana znaczenie?
Zdecydowanie. Kraków to turystyka, tradycja rzemiosła — to działa. Ludzie przechodzą obok, zaglądają, kupują drobiazgi, pytają. W okresie świątecznym robi się głośno: aniołki, szopki, choinki — te małe formy sprzedają się świetnie. Robimy też motywy krakowskie: smoki, stylizowane akcenty – klientom zależy na lokalnej autentyczności.
A jak składacie zamówienia od klientów — według projektów, czy sami tworzycie wzory?
Obie ścieżki są otwarte. Mamy katalog naszych drobnych form, ale robimy też prace na zamówienie. Jeśli klient przynosi własny szkic — świetnie, ale jeśli nie, to my tworzymy projekt od podstaw i staramy się oddać jego wizję w szkle.
A co powiedziałby Pan młodemu człowiekowi, który chciałby zacząć przygodę z witrażami?
To świetna droga! Można stworzyć coś od A do Z: wymyślasz, projektujesz, wykonujesz i widzisz efekt końcowy. Każdy witraż jest inny — nawet jeśli pracujesz według szablonu, wybór szkła sprawia, że elementy różnią się między sobą. To daje ogromną satysfakcję. I ważne — cierpliwość, zdolności manualne i wyobraźnia przestrzenna.
Czy naprawiacie też stare witraże?
Tak. Zdarza się, że wymieniamy pęknięte kawałki szkła — szczególnie, jeśli witraż był zrobiony techniką Tiffany’ego. A jak poznać, czy witraż jest wykonany profesjonalnie? Po lutach – jeśli łączenia są nierówne, wybrzuszone, to znak, że coś poszło nie tak. U nas patynujemy cynę — daje to elegancki efekt. Kiedyś zostawialiśmy cynę białą, ale najbardziej cenię ją w miedzianej oprawie — szczególnie w aniołkach.
Słyszałam, że anioły to Pana znak rozpoznawczy…
Tak — zaczęliśmy od nich. Pierwsze aniołki Boo-Kaa pojawiły się w Krakowie w 2000 roku i szybko stały się rozpoznawalne. Wypuszczaliśmy je na jarmarki świąteczne, nosiliśmy je do Sukiennic. I do dziś nasze anioły można kupić w Sukiennicach, w jednym ze sklepów po stronie Szewskiej — od blisko 25 lat! Każdy anioł jest cięty indywidualnie, więc nawet jeśli wzór się powtarza, to żadna sztuka nie jest dokładnie taka sama — wszystko zależy od szkła, smug, odcieni.
Gdzie można zobaczyć Pana prace?
W wielu sklepach i galeriach. Kultowe aniołki znajdzie pani właśnie w Sukiennicach. Są też nasze realizacje w różnych miejscach w Polsce.
Jak można zamówić u Pana pracę? I czy zostawia Pan w swoich pracach jakiś osobisty, emocjonalny ślad?
Najprościej: przyjść, zadzwonić albo napisać przez Facebooka. A emocjonalny ślad? Raczej nie myślę o tym w ten sposób. To rzemiosło, które lubię wykonywać, i to wystarcza.
Czy współpracuje Pan z instytucjami kultury?
Sporadycznie. Przeważnie realizujemy zamówienia prywatne. Instytucje częściej kierują się do dużych pracowni, takich jak Muzeum Witrażu. My robimy mniejsze rzeczy, ale nie czujemy z nimi konkurencji — raczej się uzupełniamy.
Pracownia Boo-Kaa Design mieści się przy Alei Juliusza Słowackiego 38 w Krakowie, gdzie można osobiście porozmawiać o swoim projekcie i złożyć zamówienie. Kontakt oraz przykładowe realizacje dostępne są także poprzez stronę pracowni na Facebooku.
Czytaj także:
- W Nowej Hucie niepełnosprawni szyją czadowe posłania dla psów i pomagają bezdomnym
- Przyjaciel Konika. „Tu koń ma swoje miejsce, a człowiek swoje serce”
- Robi torebki ze starych jeansów. “Chcę zadbać o planetę”
- Ta firma to drugi dom dla ludzi z niepełnosprawnością. “Marzę, by mieć więcej zleceń”
- “Wolę odmówić i odesłać klienta do kogoś, kto zrobi to lepiej, niż odwalić fuszerkę i potem się wstydzić”
























