Strażnik czasu z Kazimierza
Kiedy wchodzi się do jego małego zakładu na krakowskim Kazimierzu, najpierw uderza cisza. Ale to cisza bardzo szczególna – gęsta od tykania. Z każdej strony dochodzi ciche cyk, cyk, cyk. Jedne zegary dawno się zatrzymały, inne jeszcze biegną, jakby miały całe życie przed sobą. Pośrodku tego kołyszącego się świata siedzi on – pochylony nad mechanizmem, z lupą w oku, z rękami, które od czterdziestu pięciu lat trzymają w palcach cudzy czas.
Proszę się przedstawić.
Jasiewicz, Romuald.
Jaki?
Jasiewicz, Romuald.
Mówi spokojnie, bez cienia pozy – jak ktoś, kto w życiu naprawił już tyle sprężyn, że żadne pytanie go nie speszy.
Pierwszy budzik
Pytam go o pierwszy zegarek, który rozebrał na części. Pamięta?
To był budzik – odpowiada bez wahania. – Polski, Poltik. Jeszcze z Łodzi. Ale co mu było? Pewnie sprężyna. Trudno powiedzieć. Dawno to było. W każdym razie: rozebrany, sprężyna wymieniona, złożony, chodził.
Nie było strachu, że się nie uda?
Nie. Strach nie. Byłem po szkole zegarmistrzowskiej, trzy lata praktyki miałem. Bać się nie było czego.
Mówi to cicho, ale jest w tym zdaniu coś ważnego. Pierwszy zegar w jego rękach nie był sekretnym eksperymentem dziecka, tylko naturalnym, spokojnym wejściem w rzemiosło, do którego szedł świadomie. Rzadki dziś luksus: od młodości wiedzieć, co się chce robić.
Czterdzieści pięć lat z czasem
W fachu jest od ponad czterdziestu pięciu lat. Pracownię na Kazimierzu ma od około dekady. Wcześniej był na Stradomiu – ponad dwadzieścia lat. A jeszcze wcześniej: Plac Mariacki, Zwierzyniecka. Kraków pamięta go trochę inaczej, niż pamięta się kogoś z billboardu. Bardziej jak stały punkt na mapie – ktoś, kto „zawsze był”.
Kiedy pytam go filozoficznie, czy czas jest dla niego bardziej wrogiem, czy sprzymierzeńcem, zastanawia się chwilę.
Pół na pół – mówi w końcu. – Czas musi być dokładny. To jest ważne. Ale że ucieka szybko, to już niedobrze.
W tym „niedobrze” jest i zwyczajne ludzkie westchnienie, i świadomość człowieka, który zna czas od podszewki – widział setki mechanizmów, które się starzeją, zacierają, wysychają, zatrzymują. I wie, że z ludźmi bywa podobnie.
Zegarki też mają charaktery
Czy zegarki mają swoje charaktery?
Mają – odpowiada bez wahania. – Wszystko zależy od wykonania. Chińskie inaczej, japońskie inaczej, szwajcarskie inaczej.
Najlepsze?
Szwajcarskie. Precyzyjne i dopracowane. Każdy szczegół.
To nie jest snobizm na „szwajcara”. To język rzemieślnika, który spędził życie wśród mechanizmów i wie, gdzie kończy się masówka, a zaczyna kunszt.
O zegarkach z Chin mówi krótko:
Masówka. Tanie, dużo, w obozach pracy robią… Im więcej sprzedadzą, tym więcej zarobią. Zalało nas to wszystko. Buty, ubrania, zegarki.
A jednak w jego głosie nie ma pogardy – jest raczej zmęczenie światem, który tak łatwo zamienił jakość na ilość. I cicha satysfakcja, że wciąż są ludzie, którzy wolą „dać trochę grosza więcej” za coś, co posłuży dłużej niż jeden sezon.
Zegarek po dziadku: serce zamiast ceny
Jednym z najpiękniejszych fragmentów rozmowy są historie o ludziach, którzy przynoszą do niego zegarki „z dziada, pradziada”.
Młodzi to najczęściej kupią nowy, jak się zepsuje. Ale dużo osób przynosi stare. Po babci, po dziadku. Sentyment mają. Nawet jak naprawa jest droga, to ich to nie odstrasza.
Pytam, czy zdarzyło się, że naprawiał zegarek „dla samej idei”, a nie dla pieniędzy.
Było – mówi krótko. – Starsze osoby przychodzą. Nie mają pieniędzy. To im naprawię. Albo baterię założę za darmo. Wiem, że to są osoby skrajnie biedne. A czas też im się należy.
Można napisać tysiąc raportów o nierównościach społecznych, ale czasem jeden taki obraz – stary człowiek, zegarek po kimś bliskim i ktoś, kto bez słowa wkłada tam nową baterię – mówi więcej o tym, jak naprawdę wygląda świat.
Cierpliwość w palcach i w głowie
Pytam, co w zegarmistrzostwie jest trudniejsze: precyzja dłoni czy cierpliwość głowy.
Jedno i drugie – odpowiada. – Ale cierpliwość to bardzo potrzebna rzecz. Nie można się zniechęcać. W niektórych przypadkach zegarek jest ciężki, trzeba dużo czasu poświęcić.
Czasem przeklnie pod nosem, przyznaje się z uśmiechem. Nie głaska tych mechanizmów – raczej się z nimi mierzy. Gada z nimi?
Nie. Nieraz tylko przeklnę… bo szkołę dają nieraz.
To szczere. Widzę w tym człowieka, który nie buduje wokół swojego zawodu romantycznej mgły. Zegarmistrzostwo to nie tylko metafora czasu, ale też konkret: śrubki, sprężyny, drobiny starego oleju, palce zmęczone po całym dniu.
A jego ręce?
Teraz to już praktyka – mówi. – Dużo rzeczy umiem przewidzieć. Z jednym zamkniętym okiem bym zrobił.
To nie przechwałka. To stwierdzenie faktu człowieka, który pół życia spędził nad stołem, nad mechanizmem.
Zegary z melodią i kolędą
Pytam, czy jest jakiś szczególny zegar, którego naprawa dała mu wyjątkową satysfakcję.
Wszystkie mnie cieszą – odpowiada. – Ale najbardziej te kukułki, kwadransowe. Rozbudowane, z melodiami, z kolędami. Różne są.
Gdy opowiada o zegarze, który „bije padansy”, wstaje, próbuje go nakręcić. Pokazuje, że w jednym mechanizmie jest „chód”, w drugim „padans” – melodia. Nie uda się od razu, bo zegar jest „wyczerpany”. Trzeba go całkiem rozebrać, wymaga czasu. I ten „brak czasu”, żeby naprawić własny ulubiony zegar, jest jak cicha anegdota o jego życiu: zawsze jest coś pilniejszego do zrobienia dla kogoś.
Smartfony i kruchy postęp
Kiedy mówimy o dzisiejszym świecie – telefonach, smartwatchach, elektronice – nie ma w nim goryczy, jest raczej trzeźwa obserwacja.
Zmieniło to wszystko rynek. Te smartfony są tak rozbudowane, że ciężko to naprawić. W Krakowie ze dwa punkty tylko się tym trudnią – mówi. – Najczęściej szkło pęknie, albo woda zaleje. I się opłaca kupić nowy, niż naprawiać.
Elektronika okazała się paradoksalna: bardzo dokładna, a często jednorazowa.
Nawet najtańszy, podróbka jakaś – mówi – potrafi bardzo dokładnie chodzić. Dokładniej niż mechaniczny. Mechaniczny zawsze ma jakąś tolerancję, parę sekund. Można go regulować, ale nigdy nie będzie jak kwarcowy.
Ale coś się zmienia.
Młodzież wraca do mechanicznych. Bo babcia po babci, dziadek… Przynoszą zegarki po rodzinie i mówią: „Niech mi pan baterię wymieni”. A to jest na nakręcanie. Młodzi nie wiedzą.
W tym geście – w tym, że młody człowiek przychodzi z zegarkiem po dziadku i myśli, że trzeba „włożyć baterię” – jest cała historia przerwanej tradycji. I małe, ciche odradzanie się jej na nowo.
Kazimierz: drugi rynek, inne tempo
Pytam, czy Kazimierz ma inny rytm czasu niż reszta Krakowa.
Nie wiem, czy ma inny – mówi – ale to jest specyficzny teren.
Specyficzny, bo gęsty od punktów usługowych – choć, jak dodaje, „coraz mniej ich”. Odchodzi fotograf z aparatami, odchodzi szewc. Zawody, które kiedyś stanowiły tkankę miasta, dziś znikają po cichu, często bez rozgłosu.
A jednak Kazimierz żyje.
Turyści się wszyscy na Kazimierz kierują – tłumaczy. – To jest taki drugi rynek, drugie centrum. Dużo tu hoteli. Przechodzą, baterię wymienić, coś się urwie w zegarku, coś kupić.
Kiedyś miał w witrynie gablotkę ze starymi budzikami. Kupowali je nawet zepsute. Nie po to, by je naprawić – po to, by „postawić i mieć pamiątkę z Kazimierza”.
To piękny paradoks: w epoce, w której telefon pokazuje godzinę z dokładnością do mikrosekundy, ludzie kupują stary, nieraz martwy budzik – bo opowiada historię.
Czego ludzie jeszcze oczekują od zegarmistrza
Zegarki to nie wszystko. Do jego małego warsztatu wchodzi się często „przy okazji”: z zegarem pod pachą, ale też z kolczykami, łańcuszkiem, czasem zabawką.
Przynoszą wszystko – śmieje się. – Kolczyki, zabawki, młynki do kawy. Tego nie robię. Ale jak dziecko przyniesie pozytywkę zepsutą, to jak mu odmówić? To naprawię.
To ważna różnica między „punktem usługowym” a „miejscem człowieka”. Do tego drugiego wchodzi się z rozmaitymi drobiazgami, bo ma się zaufanie nie tylko do fachu, ale też do osoby. A on – choć mówi, że „wszystkiego się nie da robić” – czasem nagina granice rzemiosła, właśnie ze względu na ludzi.
Zawód, który miał zniknąć
Romuald Jasiewicz jest absolwentem słynnej szkoły zegarmistrzowskiej przy Alei Mickiewicza w Krakowie – zespołu szkół mechanicznych.
Byłem pod patronatem zegarmistrza, który prowadził warsztaty – wspomina. – Upatrzył sobie dwóch uczniów. Dawał nam różne prace. Dużo się przy nim nauczyliśmy.
Był jednym z „wybrańców” – uczniów, w których ktoś starszy zobaczył iskrę. Dziś takich ścieżek jest mniej. Zakładów mało, szkół prawie nie ma.
Jak ja kończyłem szkołę, to już mówili, że zawód zanikający – wspomina. – Ale nieprawda. Tylko historia się pokręciła.
Przyszedł czas zegarków elektronicznych. Rynek został nimi zasypany. Wszyscy mówili: to koniec mechaniki. A potem… coś się powoli zaczęło odradzać. Mechaniczny zegarek stał się nie tylko przedmiotem użytkowym, ale też pamiątką, gestem, symbolem ciągłości.
Paradoks współczesności polega na tym, że dziś – jak sam mówi – „zapotrzebowanie by było, ludzie by chętnie poszli do takiej szkoły”. Ale szkoły już nie ma. Zlikwidowano ją w przekonaniu, że nie będzie potrzebna.
Miasto nic nie robi w tym kierunku – mówi z rezygnacją. – Dawniej, za komuny, to można było przyjąć ucznia i chociaż było zwolnienie z części opłat. A teraz? W ogóle się tym nie przejmują.
Ma chętnych na praktykę, ale nie ma warunków.
Miejsca mało. A to się nie da nauczyć w pół roku. Trzeba czasu, miejsca, cierpliwości. Musi stać, podglądać, dubać.
To nie jest zawód do „kursu weekendowego”. To powolne przejmowanie ręki po ręce, oka po oku.
Zegar z orłem: własny czas zegarmistrza
Pod koniec rozmowy pytam go o coś bardzo osobistego: gdyby miał zostawić po sobie jeden zegar, jako ślad swojego życia i pracy, jaki by to był?
Chwilę myśli.
Taki jak tu mam – mówi w końcu. – Z orłem. Kwadransowy. Francuz, z osiemset któregoś roku. Okazyjnie kupiłem. Uszkodzony.
Mechanizm ma defekt, który wciąż czeka na naprawę.
Trzeba by jedną rzecz zamówić. Jest tam troszkę roboty, ale to wymaga czasu. Myślałem, że na emeryturze będę miał czas. Guzik prawda.
Śmiejemy się oboje, ale jest w tym śmiechu i melancholia. Zegarmistrz, który naprawia wszystkim ich czas, nie znajduje go dla własnego ukochanego zegara. Jak lekarz, który od lat nie był u lekarza.
Dlaczego ten zegar?
Wizualnie mi się podoba – mówi prosto. Nie opowiada o złożoności mechanizmu, o rzadkości modelu. Po prostu: lubi go. Jest w tym coś dziecięcego, czystego – jak w kimś, kto całe życie spędził wśród narzędzi i nadal potrafi się zachwycić jednym przedmiotem „po prostu dlatego”.
Czego chce zegarmistrz
Na końcu pytam: czy jest coś, czym chciałby się pochwalić, coś, co chciałby powiedzieć?
Odpowiedź jest zaskakująca w swojej prostocie:
Chciałbym, żeby był spokój i żeby nie było wojen.
Mówi to człowiek, którego praca polega na pilnowaniu precyzji, na ujarzmianiu sekund i minut. A jednocześnie: ktoś, kto widzi, jak nierówno rozkłada się czas i los – jak jedni przynoszą zegarki warte fortunę, a inni proszą o wymianę baterii za darmo, bo nie mają dosłownie z czego zapłacić.
Czy będzie pracował długo?
Będę. Bo jest dużo roboty. Ja się tu nie nudzę.
Zanikające zawody, które jednak trwają
Rozmowa z Romualdem Jasiewiczem jest trochę jak siedzenie w jego zakładzie: z początku wydaje się, że jest po prostu cicho i spokojnie. A potem nagle słyszy się dziesiątki różnych tyknięć – każde trochę inne, każde z własną historią.
Są tu zegary z melodiami i kolędami, budziki z Łodzi, francuski kwadransowy z orłem, który wciąż czeka na chwilę uwagi. Są stare kukułki, które potrzebują cierpliwości i czułości, i zegarki po dziadkach, które przychodzą w rękach wnuków, nieświadomych nawet, że to trzeba nakręcać, a nie „włożyć baterię”.
Są i ludzie: starsze osoby z zegarkami jedynej wartości sentymentalnej, młodzi „hipsterzy” z zegarkiem po babci, turyści z rozbitymi smart-zegarkami, dzieci z zepsutymi pozytywkami. Wszyscy przechodzą przez ten mały punkt na Kazimierzu, w którym ktoś wciąż wierzy, że warto naprawiać, a nie tylko wyrzucać i kupować nowe.
W świecie, w którym wszystko przyspiesza, w tym małym zakładzie czas wciąż jeszcze daje się rozebrać na części, oczyścić, naoliwić, poskładać, uruchomić. Potrzeba do tego precyzji rąk, cierpliwości głowy i – choć on sam o tym nie powie – bardzo miękkiego serca.
Romuald Jasiewicz siedzi przy swoim stole, z lupą w oku. Zegar z orłem wciąż czeka na swoją kolej. Ale najpierw przychodzą inni. Bo dla zegarmistrza czas zawsze należy najpierw do tych, którzy go powierzają w jego ręce.
Czytaj także:
- W Nowej Hucie niepełnosprawni szyją czadowe posłania dla psów i pomagają bezdomnym
- Przyjaciel Konika. „Tu koń ma swoje miejsce, a człowiek swoje serce”
- Robi torebki ze starych jeansów. “Chcę zadbać o planetę”
- Ta firma to drugi dom dla ludzi z niepełnosprawnością. “Marzę, by mieć więcej zleceń”
- “Wolę odmówić i odesłać klienta do kogoś, kto zrobi to lepiej, niż odwalić fuszerkę i potem się wstydzić”
- Piekarnia Mojego Taty: chleb piecze się z nadzieją, że z ciepła powstanie coś dobrego























