W pracowni TON instrumenty odzyskują głos. Od 1978 roku
Kraków pachnie muzyką. Filharmonia, Piwnica pod Baranami, kluby na Kazimierzu – dźwięki są tu wszędzie. Jest w nim też miejsce, w którym rodzą się na nowo: niewielki warsztat naprawy instrumentów dętych TON przy ulicy Dietla. Od 1978 roku działa w tym samym miejscu.
W środku unosi się zapach żywicy, gorącego lutu i świeżo zaparzonej kawy. Przy stole zastawionym śrubokrętami, pilnikami i kawałkami filcu siedzą Sławek Macura i Zbyszek Polek – dwa filary tego miejsca. Razem mają ponad osiemdziesiąt lat doświadczenia. Rozmawiają ze sobą od czterdziestu pięciu lat, z instrumentami – jeszcze dłużej.
Jaki instrument najbardziej zapadł Wam w pamięci?
Sławek Macura uśmiecha się pod wąsem: Każdy ma charakter. Naprawdę każdy. My nie tylko naprawiamy – my na nich gramy. Instrument wychodzący z fabryki często wymaga sporo poprawek. Zwłaszcza te nowe, z Dalekiego Wschodu. Tam składa się je na akord. Dźwięk jest płaski. A my szukamy, aż instrument zacznie śpiewać po swojemu.
Zbyszek Polek mówi spokojnie, jakby ważył każde słowo: Jesteśmy rzemieślnikami, ale przede wszystkim pasjonatami. Normalny facet w naszym wieku dawno poszedłby na budowę – zarobiłby trzy razy więcej i miał święty spokój. A my siedzimy tu od ponad czterdziestu lat, bo to lubimy. Bo kiedy bierzesz stary klarnet do ręki i on nagle znowu oddycha – to jest lepsze niż wypłata.
Obaj skończyli szkoły muzyczne. Sławek gra na akordeonie, Zbyszek na trąbce. Bez tego – jak mówią – nie da się uczciwie wykonywać tej pracy.
Najpierw słuchamy – tłumaczy Sławek. – Zanim dotkniemy śrubokręta, przykładamy instrument do ucha. Dziecko gra inaczej niż dorosły, jazzman inaczej niż filharmonik. Ustawiamy instrument pod konkretnego człowieka. To jak szycie garnituru na miarę, tylko że miarą jest dźwięk.
Zbyszek pokazuje saksofon altowy, mocno wytarty w jednym miejscu.
Tu widać właściciela. Dziecko – ślady zębów na ustniku. Górale z Zakopanego – skrzypce czarne od dymu z grilla i knajpianego papierosa. Studenci z akademii – wszystko wypucowane na błysk, ale i tak zawsze coś „wyskoczy”. A najgorzej, gdy ktoś sam dłubie w domu – przychodzi potem z torbą pełną części i mówi: „Proszę poskładać”.
Przez warsztat przewinęły się pokolenia krakowskich muzyków: Janusz Muniak, Marek Szyszko, jazzmani, filharmonicy, uliczni grajkowie, romscy mistrzowie z rodów Gaborów i Pawłowskich. Bywali też tacy, którzy grali ze Stingiem na Wembley i wpadali na Dietla z walizką:
„Sławek, za trzy godziny samolot do Paryża, koncert w Salle Pleyel – dasz radę?”
Dajemy radę – śmieje się Sławek. – Bo nam ufają. Zostawiają instrumenty warte sto, dwieście, trzysta tysięcy złotych i idą spać spokojnie.
W warsztacie leżą prawdziwe zabytki: stu dwudziestoletnie klarnety, saksofony sprzed wojny, a raz trafiła się nawet trąbka z wygrawerowaną swastyką – kawał mrocznej historii, który mimo wszystko musiał znów zagrać.
Instrument ma duszę – mówi Sławek bez wahania. – Weź pięć identycznych akordeonów prosto z fabryki. Każdy zabrzmi inaczej. Jeden będzie „rozdmuchany”, drugi „ukochany” przez właściciela. Trębacz z Filharmonii Krakowskiej grał kiedyś koncert na starej polskiej trąbce – i wypadła lepiej niż nowe Yamahy za dwadzieścia tysięcy. Bo on ją nosił w sercu.
Zbyszek opowiada o saksofonie tenorowym przejechanym przez samochód:
Tysiąc kawałków. Składaliśmy go tydzień. Kiedy właściciel przyszedł i zagrał pierwszą nutę popłakał się. To był instrument po dziadku.
Sławek dorzuca historię spod Wawelu:
Był kiedyś akordeonista, który grał pod Wawelem. Instrument spadł mu z piętnastu metrów, rozleciał się na kawałki. Poskładaliśmy. I grał dalej.
Pytam, co jest w tym fachu najtrudniejsze.
Obaj odpowiadają jednocześnie:
Wszystko naraz. Precyzja, intuicja, słuch, ręce. I jeszcze trzeba znać trzydzieści rodzajów kleju – każdy na inną przypadłość.
A młodzi?
Sławek – Przychodzą. Patrzą. Pytają: „Ile zarobię?”. Gdy słyszą, że niewiele i że czasem trzeba siedzieć po godzinach, bo klarnet nie chce stroić – znikają. Zostaje jeden na stu. Ten, który naprawdę kocha.
Zbyszek – Kiedyś ludzie znali teksty piosenek na pamięć. Czerwone Gitary, Anna Jantar – nuciło się pod nosem. Dziś komputer zrobi utwór w pięć minut. Dźwięków jest więcej, ale mniej zostaje w głowie. A my tu trzymamy te stare skrzypce, trąbki, akordeony, żeby ktoś mógł jeszcze opowiedzieć historię, którą warto zapamiętać.
Na pożegnanie Sławek mówi krótko:
Robimy swoje. Czterdzieści pięć lat. Z dumą, ale bez zadzierania nosa. Bo w tym fachu trzeba lubić trzy rzeczy: instrumenty, ludzi i tę całą muzyczną rodzinę.
Zbyszek podsumowuje:
Pieniądze zarabia lekarz albo prawnik. My mamy coś innego. Kiedy muzyk bierze instrument do ręki, gra trzy dźwięki i mówi: „Zbyszek, znowu żyje” – to jest nasza wypłata. I bilety na koncerty, i dedykacje na płytach, i to, że Kraków wciąż brzmi tak, jak brzmi.
Wychodzę na Dietla i wiem, że Kraków może grać dalej.
Czytaj także:
- W Nowej Hucie niepełnosprawni szyją czadowe posłania dla psów i pomagają bezdomnym
- Przyjaciel Konika. „Tu koń ma swoje miejsce, a człowiek swoje serce”
- Robi torebki ze starych jeansów. “Chcę zadbać o planetę”
- Ta firma to drugi dom dla ludzi z niepełnosprawnością. “Marzę, by mieć więcej zleceń”
- “Wolę odmówić i odesłać klienta do kogoś, kto zrobi to lepiej, niż odwalić fuszerkę i potem się wstydzić”



















