Jak zmieniłem Kraków smartfonem i Facebookiem

autor

Rynek Główny i serwowany na nim krajobraz zaintrygował mnie jako… pieszego. Przez ten Salon Europy – od dobrych dwóch lat – przechodzę permanentnie. Nawet kilka razy dziennie. Uświadomiłem sobie dzięki temu, że Rynek, który znałem z widokówek, w rzeczywistości jest zupełnie inny. Rano to jedna wielka autostrada oraz parking. Bo od 23 do 10 – na Rynek mogą wjeżdżać dostawy. W okolicach 9-tej jest ich tyle, że tworzą się korki. A potem? Jest już tylko gorzej…

1
25 sierpnia. Poranna dostawa

Większość krakowian – podobnie jak ja kiedyś – myślało, że po godzinie 10-tej Rynek z parkingu zmienia się w Rynek znany z widokówek. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jest zupełnie na odwrót. Bo na Rynku organizowane są imprezy. Wraz z „dniami montażowymi” – trwają przez większość dni w roku. Choć często bywa tak, że przez kilka dni rozkłada się scenę na kilkugodzinny koncert. Rekordzista to jedna ze stacji telewizyjnych, która scenę na Sylwestra rozkładała blisko tydzień.

I to właśnie „rozkładanie” imprez jest najlepsze! W skrócie wygląda to tak: z rana podjeżdża TIR. Lub dwa. Góra pięć. Stoją w tym samym miejscu kilka dni. Czasem także w nocy. Z naczepy wyciągane są tony żelastwa. Plac robót odgradzany jest biało-czerwoną taśmą przywiązaną do toi-toia. Wszystkiego pilnuje ochroniarz siedzący na gustownym taborecie pod Wieżą Ratuszową. Wśród wielu rupieci – przepocone koszule robotników, kartony i samochody organizatorów z wjazdówkami wydanymi przez miasto lub bez takich wjazdówek.

Po tym, jak zobaczyłem pierwsze „rozkładanie” imprezy, myślałem, że to po prostu wypadek przy pracy organizatorów i niedopatrzenie urzędników. Ale wkrótce okazało się, że imprezy na Rynku robi się tylko w taki sposób. Przez większość dni w roku.

11426501_699324510172267_8059196393423476107_nWtedy postanowiłem zrobić dziennik Rynku Głównego. Sprawdzić, czy tylko ja wszędzie widzę samochody na Rynku, bo zacząłem podejrzewać, że może to wynik nadmiernego stresu. Założyłem profil na Facebooku o dumnej nazwie „Rynek Główny – Salon Europy” i zamieszczałem na nim stosowne zdjęcia. Codziennie przez niemal rok.

Pewnie większość pierwszych lajkujących tę stronę spodziewała się pięknych zdjęć Sukiennic lub Kościoła Mariackiego. W sumie nie zawiedli się, jeśli nie przeszkadzały im samochody, przenośne toalety i śmietniki. Część z nich szybko załapała, o co chodzi. I dlaczego to, co dzieje się na Rynku, jest dziwne. Co więcej – sami zaczęli przysyłać zdjęcia. Sprawa Rynku, który zmieniał się w „Parking Krupówki”, zaintrygowała też „Krowę”, czyli portal Krowoderska.pl. Zastanawialiśmy się, co pod Kościołem Mariackim robiła 33-tonowa reklama Coca-Coli i jak to się ma do zapisów parku kulturowego. Zastawialiśmy się także, czy Rynkowi przystoi być tłem dla reklam motoryzacyjnych. Byliśmy też ciekawi co trzeba zrobić, żeby wzorem tysięcy innych kierowców wjechać sobie na Rynek. Dla nas akurat okazało się to niemożliwe.

Przede wszystkim zastanawialiśmy się jednak, jak długo trzeba będzie oglądać dość surrealistyczny obraz Rynku.

24 kwietnia. Toalety dla uczestników maratonu biegowego.
24 kwietnia. Toalety dla uczestników maratonu.

Kroplą, która przelała czarę goryczy, była… kawa na Rynku. Umówiłem się na nią z Dawidem Serafinem z „Gazety Krakowskiej”. Kiedy słuchaliśmy hejnału, właściciele budek z targu, który właśnie odbywał się na Rynku, kłócili się o miejsce, które uprzednio ktoś zastawił sobie kartonami. Spaliny z samochodu dostawczego mieszały się z aromatem przypalonej kiełbasy odgrzewanej bezustannie w drewnianej budzie.

– Założymy się, że większość z nich nie ma wjazdówek?– zaproponowałem i pokazałem na długi jak Rynek sznurek aut.

Dawid – znany z nieodpowiedzialności – pochopnie przyjął wyzwanie i zakład… przegrał. Na ok. 20 samochodów zaparkowanych na Rynku wjazdówki miały dwa. Reszta nie miała ich albo wcale, albo mieli takie, które zrobili sobie – wicie, rozumicie – sami.

Efektem tej przygody był artykuł w Gazecie Krakowskiej. Tekst Dawida uzupełniony zdjęciami z fanpejdża i udostępnionymi przez magistrat statystykami dotyczącymi liczby wydanych wjazdówek i  wystawionych mandatów był miażdżącym aktem oskarżenia.

Widziałeś co się dzieje na Rynku!? Są tylko dwa samochody i Straż Miejska wlepia im mandat!– relacjonował mi – nieco jednak zdziwiony – jeden z urzędników ZIKiT-u w dniu publikacji materiału. Potem lawina ruszyła sama. W sprawie sytuacji na Rynku według nieoficjalnych źródeł u komendanta Straży Miejskiej interweniował osobiście prezydent Jacek Majchrowski. Kilka dni później na posiedzeniu komisji infrastruktury, Dyrektor Wydziału Administracyjnego UMK Tomasz Popiołek, tłumaczył się przed radnymi i obiecywał nowe zasady wpuszczania samochodów na Rynek. Mieszkańcy obecni na komisji powoływali się na moją stronę. Zmienił się też sam Rynek. Straż Miejska pilnuje go jak oka w głowie i od dnia publikacji artykułu niemal codziennie wygląda jak Rynek z widokówek. Poza dwoma małymi remontami nawierzchni. Marką lokalną stał się także mój fanpejdż. Często cytowany, chętnie oglądany i nierzadko lajkowany.

Nie tak dawno pisaliśmy o tzw. aferze aparatowej w radzie dzielnicy IV. Okazało się wtedy, że do robienia zdjęć do dzielnicowej gazetki (która kosztuje nas 60 tys. rocznie) niezbędny jest aparat fotograficzny za ponad 6 tys. zł. Nie wiem, co może zmieniać gazetka rady dzielnicy, która jest trochę jak Yeti – mało kto widział, mało kto wierzy. Wiem za to, że nie tylko dzielnicę, ale nawet Kraków i jego największą perłę można zmienić dzięki spacerowi, zdjęciom ze smartfona i facebookowi. Wszystkie te rzeczy łączy jedna wspólna cecha – są darmowe. W odróżnieniu od aparatów i gazetek, które świata – delikatnie mówiąc – nie zmieniają.

8 października.
8 października.

P.S.

Równolegle ze mną  walkę o Rynek bez aut toczył Witold Liguziński ze stowarzyszenia „Obywatel na straży”. Już zapowiedział, że doprowadzi do tego, że samochody z Rynku znikną na zawsze. Bo jak sam odkrył – nie pozwala na to plan zagospodarowania przestrzennego. Z tego, co mi wiadomo, to stowarzyszenie ma na koncie kilka udanych interwencji w podobnych sprawach.

 

Z wykształcenia kulturoznawca i historyk, z zawodu dziennikarz, a z pochodzenia krakowianin. Współpracował z Radiem Eska, pisał dla Placu Wolności, a obecnie dumnie reprezentuje Radio Kraków. Pomysłodawca akcji „Azorskie murale”.

Komentarze

  1. Przeczytałem ten artykuł i stwierdzam, że Pan naprawdę nie ma co robić. Myśli Pan, że na innych placach miejskich na świecie nikt nie organizuje imprez wszelkiej maści? Myśli Pan, że w innych miastach TIR’y z konstrukcjami, nagłośnieniem, światłem, dźwiękiem i multimediami nie przyjeżdżają na miejskie place? Wolałby Pan, żeby Rynek Główny był martwym placem na którym nie dzieje się nic bo to przecież „salon europy”?

    • Tak, Piotrek – wolelibyśmy, żeby na Rynku Głównym „nic się nie działo”. Żeby wiało tam nudą, a jedyne, co by się tam działo, to spacery ludzi, ich spotkania, randki zakochanych, cudowne chwile dla turystów i pieszych. A poza tym – NIC WIĘCEJ … Niech „na Brackiej bangla desz”, a nie smrodzą ciężarówki …

  2. Może się dziać, pieszo bez samochodów są zabytki go oglądania a nie auta jak ktoś chce oglądać brudne samochody może iść na parking osiedlowy a koncerty można obejrzeć w Tauron Arenie a nie na rynku.

  3. Bardzo dziękuję! Przechodząc często przez Rynek w godzinach porannych byłam przerażona ilością aut, ciężarówek .Ciężki sprzęt ustawiający i demontujący to katastrofa nie tylko dla nawierzchni. Świetna akcja, gratuluję! Może zechciałby Pan podjąć wyzwanie Krowiego Placka z Bronowic Małych? Nie dość, że maleńki, nieprzygotowany to zaczął się rozsypywać i przejazd przez niego to wyzwanie. Ja ze swej strony monitować ZIKIT (znowu…) zamierzam. pozdrawiam

Dodaj komentarz

Ostatnie w kategorii "Na bieżąco"

filipiny blog filipiny ceny siquijor island
Idź na górę