Import sof „Vienas” zapowiada pozytywne zmiany w centrum Krakowa

autor

Po dwudziestu latach życia w Krakowie przeprowadziłem się na cztery miesiące do Wiednia…

Te dwa miasta często są porównywane, szczególnie ze względu na obecny w nich klimat posthabsburskiej melancholii, podobną topografię i bogactwo życia kulturalnego (w tym rzekomo działający świat art bohemy). Kraków z uwagi na swoją prowincjonalność jest miastem z zupełnie innej półki niż była stolica imperium i nazywanie go „małym Wiedniem” nie jest może najszczęśliwszym wyborem językowym. Mieszkańcy (i wybierani przez nich samorządowcy) nie powinni mieć z powodu tej prowincjonalności kompleksów, ale nie zaszkodzi przyglądnąć się lepiej rozwiniętemu i bogatszemu sąsiadowi, „odgapić” parę dobrych rozwiązań racjonalnej i proobywatelskiej nowej urbanistyki.

I – jak się okazuje – Kraków chce od Wiednia „odgapiać”. Ostatniej wiosny burmistrz Wiednia Michael Häupl przywiózł pod Wawel kilkanaście miejskich sof „Vienas”. Burmistrz Häupl i prezydent Majchrowski podpisali porozumienie o współpracy (prezydent Majchrowski: Nie jest tajemnicą, że stolica Austrii jest dla naszego miasta wzorem do naśladowania w realizacji projektów związanych z funkcjonowaniem nowoczesnego miasta.), a w Krakowie odbyły się Dni Wiednia. Sofy podarowane przez burmistrza Häupla stoją dumnie przed Muzeum Narodowym oraz na placu Szczepańskim i możliwe, że z czasem wrosną w ich krajobraz, stając się trwałym landmarkiem, tak jak w wiedeńskim MuseumsQuartier.

Bardzo się cieszę, że ważne w samorządzie osoby takie jak prezydent miasta wyrażają gotowość na przyjęcie dobrego wiedeńskiego importu. Przez ostatni semestr mieszkałem w Wiedniu i mogłem zobaczyć, jak to miasto funkcjonuje na co dzień i w czym jest lepsze od mojego miasta rodzinnego. Coś w końcu sprawia, że statystyczny mieszkaniec Wiednia czuje się u siebie o wiele bezpieczniej, milej, bardziej komfortowo od statystycznego mieszkańca Krakowa. Kraków – mimo niewątpliwego uroku – dzieli od Wiednia cywilizacyjna przepaść. Magiczna stolica Małopolski mogłaby wiele zyskać, gdyby wprowadziła kilka inteligentnych, prostych i względnie tanich rozwiązań w przestrzeni publicznej, które działają nad Dunajem.

Pierwsza rzecz to zagospodarowanie przestrzeni publicznej w ścisłym centrum, pomiędzy kamienicami, z użyciem elementów małej architektury. W Innere Stadt – historycznym i turystycznym epicentrum Wiednia, tak jak w Krakowie, jest dosyć ciasno, ale każdy skrawek starają się wykorzystać sensownie. Na przykład: duży kawałek placu miejskiego zajmuje plac zabaw. Zjeżdżalnie, huśtawka, piaskownica. Czy to na pewno dobry pomysł? Cytując klasyka może zapytalibyśmy: a komu to potrzebne? A dlaczego? Przecież tyle pożytecznych rzeczy można by tam wybudować. Mały apartamentowiec, galerię handlową, parking dla samochodów mieszkańców (muszą gdzieś zaparkować) albo samochodów radnych. Sporo rzeczy.

A tam jednak plac zabaw. Otóż: plac zabaw się przydaje, żeby rodzice nie musieli biegać z dziećmi na drugi koniec miasta. Owszem, mają w Wiedniu trochę więcej miejsca na robienie placów zabaw (lata racjonalnego planowania przestrzennego), ale fakt też, że placów zabaw – dużych, atrakcyjnych, ciekawych – jest tam per capita dużo więcej; wyskakują nieustannie jak spod ziemi. W najbardziej prestiżowych lokalizacjach, na najdroższych działkach. We wszystkich dzielnicach.

Wiedeń ma sporo zieleni. Parki są zadbane, trawniki są czyste, łatwo dostępne i użytkowane. Nie ma żadnych barierek (jak na Plantach), wręcz przeciwnie – w wielu miejscach na trawie rozkłada się leżaki, zachęcając tym samym (zbrodnia!) do deptania zieleńców. W moim ulubionym Augarten często na zielonej trawce rzucali freezbie, grali w piłkę, opalali się, czytali książki. W parku można spokojnie, bez „spinki” wypić piwo lub wino. Nie będzie wlepiających mandat policjantów (fakt, w sprawie opresyjnej normy zakazującej spożywania alkoholu w miejscach publicznych samorząd nie ma decydującego głosu). Za bramą Augarten jest przy chodniku wydzielony pas, gdzie mieszkańcy uprawiają własne ogródki. Pomiędzy grządkami konewki, z ziemi sterczą plastikowe wiatraki. Sielanka. Ogród botaniczny, w którym rośliny są opatrzone eleganckimi tabliczkami z nazwami gatunków, jest otwarty dla wszystkich. Nie ma „bieda-biletu” wstępu za pięć złotych (przykład krakowski), przez co ludzie naprawdę do tego ogrodu przychodzą. Nie jest to – jak u nas – cel jednorazowej wizyty z wycieczką szkolną, nie bardzo namiętnej i dawno zapomnianej. W ogóle Kraków ma w centrum ogromny potencjał parkowy: ogrody przyklasztorne, ogród Muzeum Archeologicznego (wstęp też ograniczony, bo tylko z biletem do Muzeum), ogród botaniczny. Wszystko zamknięte albo płatne. Zostają więc Planty, gdzie zazwyczaj dobrotliwie tarasuje alejkę kolejna wystawa z JP2 (Franciszkańska).

W parkach w Wiedniu często znajdują się specjalnie odgrodzone strefy. To – uwaga! – nie efekty dzikiej reprywatyzacji zagrabionych w którymś momencie historii prywatnych gruntów (jak w przypadku pewnej podstawówki na Salwatorze, gdzie pół szkolnego ogrodu zmieniono w prywatny – o ironio – sklep ogrodniczy po zwrocie terenu roszczeniowcom). To wybiegi wydzielone dla psów, Hundenzonen. Furtkę otwiera się bez problemu, ale jest skonstruowana tak, że psy nie wyjdą. W obrębie strefy pieski mogą poruszać się bez ograniczeń, można je spuścić ze smyczy, bez obaw, że zrobią sobie coś złego, albo że komuś będą sprawiały problem. Na jezdnię nie wybiegną. Korzystają zatem wszyscy – psy, ludzie, kierowcy samochodów. Psiarze w ogóle dobrze wiedzą, że psy prowadzone na smyczy często zachowują się zupełnie inaczej niż psy biegające wolno. Psy na smyczy szczekają i mają ciągle wyłączony tryb „rywalizacja”, psy wolne lepiej wchodzą w interakcje, nie epatują agresją. W psich strefach są oczywiście wodopoje i ławki dla zwiększenia komfortu psów i psiarzy.

Przypomina się również o sprzątaniu kupek. Z tabliczki pewien czworonóg pyta: Sind dir wurst? Jeśli tak, i nie posprzątałeś – płacisz pięćdziesiąt euro.

Wyrazem troski o mieszkańców ze strony lokalnych władz są rozlokowane po całym mieście w okresie letnim ogólnodostępne punkty z wodą pitną. Wiedeń w ogóle słynie z bardzo czystej wody; przyjezdnym opowiada się o górskich źródłach, z których spływa do kranów. Ze stojących na ulicy aparatów można, naciskając guzik, nalać sobie wody do butelki albo prosto do buzi. Ale w Krakowie kranówka też jest dobra i zdatna do spożycia, można by więc – obok miłych, ale nieco efekciarskich natrysków na Rynku Głównym – pomyśleć o zainstalowaniu kilku stacjonarnych wodopojów. Przydałoby się i lokalsom, i turystom.

Wiedeń jest bardzo przyjazny dla rowerzystów (prosty i tani system rowerów miejskich, porządne ścieżki) i dla pieszych. Obecność ścieżek rowerowych wymaga od pieszych odpowiedniego reagowania, ale to system, którego dość łatwo można się nauczyć (tak jak uczymy się funkcjonować wśród samochodów). Ruch samochodowy jest ograniczany chociażby z okazji ulicznych, dzielnicowych festynów. W którąś czerwcową sobotę na taką właśnie lokalną imprezę trafiliśmy ze znajomymi w 3. bezirku (Landstraße); na jezdni normalnie ustawiono stoliki, stoiska handlowe i scenę dla muzyków, samochody skierowano objazdem. Nikt się nie awanturował, żaden szofer nie miał pretensji.

To tylko kilka miłych impresji z Wiednia, naprawdę jest ich dużo więcej. Niestety też nie zawsze i nie wszędzie taki miły stan rzeczy panuje – mimo wspaniałej oferty cywilizacyjnej i samouwielbiającej propagandy Wiedeń nie jest idealny. Karlsplatz to obszar kompletnie zdominowany przez samochody; pieszy, jeśli nie chce się sporo gimnastykować, jest zmuszony do przemierzania go podziemnymi korytarzami. W ścisłym centrum (wewnątrz Ringu) ciągle jest też obecny ruch samochodowy, chociaż oczywiście na głównych promenadach – Karntner Straße i Graben oraz na Stephansplatz ten ruch został całkowicie zlikwidowany.

Stephansplatz zresztą – podobnie jak krakowski Rynek Główny – nierzadko staje się przestrzenią wystawienniczą, salonową – przeznaczoną dla najdziwniejszych obiektów: robotów drogowych i wielkoformatowych posterów z Monetem i Egonem Schiele, które tworzą ezoteryczną kompozycję z chaosu. Syf i tandeta nieprzerwanie zalegają u stóp jednej z najpiękniejszych i najbardziej okazałych gotyckich katedr Europy i oblepiają jej ściany. Oczywiście, kładą nową kostkę – remont, czyli jest postęp. Ale jest kilka miejsc, w których remont nigdy się nie kończy. To jedno z nich.

Na zdjęciu:
Autor pozdrawia ze Stephansplatzu, Salonu Europy.

Podziękowania za pomoc techniczną dla Łucji Hudy.

Zdj. tytułowe: flickr.com, Anastasia R, MuseumsQuartier

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz

Ostatnie w kategorii "Dwójka"

filipiny blog filipiny ceny siquijor island
Idź na górę