Był sobie fort. Czas na Magistrat

autor

Rozpoczął się rozbiór terenów zielonych otaczających Fort nr 7 „Bronowice”. Choć może należałoby powiedzieć raczej, że rozbiór trwa w najlepsze a małopolska AMW kierowana przez radnego PO Grzegorza Stawowego, który reprezentuje Łobzów, właśnie osiągnęła w nim pierwszy sukces.

(Czytaj TUTAJ o tym, że to „Jedyny taki fort”)

Wczoraj Zielone Bronowice napisały: „z przykrością informujemy, że w dniu dzisiejszym sprzedano sztucznie wydzieloną część zieleni przyfortecznej.” 

Dziś potwierdziliśmy w Agencji Mienia Wojskowego zwycięzcę przetargu oraz kwotę, którą zapłaci.

Wygrała duża firma deweloperska Echo Investment, a kwota którą zapłaci za tę działkę to niewiele ponad 7 mln złotych. Przetarg uprawomocni się z końcem roku.

Przy okzaji usłyszałem też, że nie chodzi o teren przyforteczny, bo nie jest on w bezpośrednim sąsiedztwie fortu. Jasne. Wcześniej słyszeliśmy już też, że nie ma tam zieleni.

 

KOMENTARZ

opinie_artykulAMW można pogratulować. Wykonała swoje zadanie i będzie na niemieckie czołgi z demobilu.

Miasto nie zdecydowało się, zawalczyć o ten teren, bo nie ma pieniędzy. Nie może ich mieć, bo zbiera na igrzyska, które wymagają ekspertyz oraz drogich delegacji. Jedno i drugie będzie, tylko w procesie aplikacyjnym, kosztować 5 mln złotych. („Miś po krakowsku” – czytaj TUTAJ).

Nie wiem jak wy, ale ja mam DOŚĆ.
Dość gadania.
Dość udawania, że każdy argument jest równie dobry.
Dość miasta, które jest zbyt słabe, by nie oddać nas w ręce deweloperów.
Dość tego, że o naszym samorządzie trudno mówić  inaczej niż „Oni”.

 

I przede wszystkim mam DOŚĆ władzy, która śmieje nam się w twarz i w dostatku zapewnia jedynie poczucia bezsilności.

DOŚĆ tego, że miasto jest rządzone poza nami i tkwi w  partyjno-politycznych układach, które są już tak mocne, że nie liczy się nic poza nimi i nikt kto do nich nie należy.

Na razie miejski festiwal arogancji – widoczny nie tylko w sprawie Fortu nr 7, ale w niej wyjątkowo dobrze – trwa w najlepsze. Ale nie musi przecież trwać zawsze.

W parze z tym poczuciem bezsilności idzie bowiem złość, a ta podpowiada, że każda kolejna spieprzona rzecz to kropla i któraś z kolejnych w końcu przeleje czarę.

Ludzie zdecydują, że skoro miasto nie może się już wietrzyć, to trzeba przewietrzyć chociaż Magistrat. Już wkrótce będzie pierwsza okazja, żeby na Plac Wszystkich Świętych wpuścić trochę powietrza i zrobić to z sensem, bo – o tym warto pamiętać – tam potrzeba powietrza świeżego*.

To że jedna partia zmieni się z drugą partią, albo jeszcze trzecią nibynową, ale złożoną z ludzi uciekających z tych dwóch, nie zmieni nic albo prawie nic. Tam brakuje ludzi z ruchów miejskich.

Ludzie, którzy rządzą tym miastem (opozycja też) tkwią w tym już tak długo, że na ogół nie potrafią wyobrazić sobie, że może być inaczej. Mogą się zmieniać między sobą, zmieniać nazwy partii, albo udawać, że ich partia jest bezpartyjna (patrz: Gowin), ale to wszystko jedynie pozory, bo to wciąż są ci sami ludzie. A chcę wierzyć, że właśnie mijają czasy, kiedy krakowianie zgadzali się na poczucie bezsilności, arogancje i strojenie w coraz to nowe piórka.

Na razie jest tylko złość, ale z tej złości może być coś dobrego. W każdym razie chciałbym – i nie jest to marzenie ściętej głowy – żeby irytacja zbudowała w mieście kilka trwałych rzeczy, które choć trochę uniezależnią nas od ograniczonej wyobraźni ludzi siedzących w Magistracie.

Chciałbym żeby wyszła z niej władza, która liczy się z głosem mieszkańców, a nie tylko udaje, że się liczy, gdy jest jej to na rękę. To oznacza zbudowanie mechanizmów konsultacji społecznych, które faktycznie działają, a nie są tylko zasłoną służącą do powiedzenia, że „były”. Jeżeli dziś nie działa to tak, jak powinno – a nie działa – to władze miasta muszą znaleźć takie rozwiązania, które zadziałają. Od tego są.

Chciałbym władzy, która w sprawach najważniejszych i najbardziej kosztownych potrafi sięgać po narzędzia demokracji bezpośredniej – takie jak referendum. I żeby uznano to za rzecz całkowicie normalną, a nie mityczną metodę, które można stosować na Zachodzie, a u nas nie, bo… no właśnie, dlaczego nie? Bo nie żyjemy w Szwajcarii? Bo my Zachód tylko imitujemy? Nie musimy. Trzeba sobie tylko wyobrazić, że to da się zrobić i pamiętać o tym, że trzeba to robić.

Chciałbym  też przejrzystości w działaniu miejskich instytucji i rad. Dziś bywa z tym źle, bo poczucie, że w instytucjach publicznych wszystko powinno być jawne, jest trudne do strawienia dla urzędników, ale też radnych, którzy boją się oszołomów (czyt. obywateli i zobacz TUTAJ). (Nawiasem mówiąc – drogi Magistracie od miesiąca i ośmiu dni czekam na udostępnienie informacji publicznej. Nie za długo?)

Chciałbym – patrz punkt referenda – debaty publicznej o przyszłości Krakowa. O tym jak miasto ma się rozwijać i w co inwestować nasze pieniądze. Czy ma to być – jak dzieje się dziś – rozwój do wewnątrz, przez zagęszczenie i olimpijską szopkę, czy może raczej (choć to kosztuje co najmniej tyle co igrzyska)  krakowianie nie chcieliby poszukać rozwiązania podobnego do tego, co kiedyś w analogicznej sytuacji zrobił Juliusz Leo, a więc Wielkiego Krakowa i jego rozwoju na zewnątrz. Ze szkołami zamiast igrzysk i zielenią zamiast betonu.

Bo chyba coraz mniej ludzi uważa, że nowoczesność liczy się tonami wylewki?

Chciałbym Magistratu, który z kilku hektarów zieleni (patrz Fort Nr 7) potrafi zrobić park, a nie tylko bloki. I takiego, które w ogóle o ten park zawalczy lub wyobrazi sobie, że to coś co jest nam potrzebne.

Chciałbym – tak to populizm – miasta, które pieniądze zamiast na diety dla 400 bezradnych radnych przeznacza na coś pożytecznego i przynoszącego korzyść. Albo chociaż pyta o to, czy chcemy 400 radnych? Mnie na przykład aż tylu nie potrzeba. I tak większość robi nic albo niewiele.

Tylko, że tych kilku prostych i w zasadzie oczywistych rzeczy nie można oczekiwać od ludzi, którzy dzisiaj kierują tym, co dzieje się w budynku przy Placu Wszystkich Świętych. (Patrz m. in. tryb podjęcia igrzyskowej decyzji).

Tam wyobraźni nie starcza nawet do tego, by wiedzieć, że coś w ogóle jest nie w porządku. To miasto potrzebuje nowego oddechu i czas najwyższy na zryw niepodległościowy. Albo chociaż małą krakowską wiosnę ludów.

 

*W Radzie Miasta siedzą ludzie, którzy dostali po 300 głosów. Naprawdę i bez trudu możemy odpłacić pięknym za nadobne, rozliczyć ich i dla odmiany  utrzeć im nosa oraz pokazać, że to nie jest tak, że można robić co się chce.

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Był sobie fort. Czas na Magistrat"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
MP
Gość

Sensownie myślących ludzi z ruchów miejskich jest już tyle, że najwyższy czas zmobilizować się, zebrać podpisy i wystartować w najbliższych wyborach samorządowych. Wyborcy mają dość wybierania między partyjnymi szyldami i pseudo-bezpartyjnym „sprawdzonym prezydentem”. Rozsądny program skoncentrowany na poprawie jakości życia w Krakowie może zebrać spore poparcie. Najwyższy czas na zmianę pokoleniową i przepędzenie z magistratu „leśnych dziadków”, którzy swoje myślenie o mieście ukształtowali w czasach tow. Edwarda Gierka.

trackback

[…] A w nim Krowoderska.pl i nasz Fort „Bronowice”, czyli „Był sobie Fort. Czas na Magistrat.” […]

wpDiscuz

Ostatnie w kategorii "Bronowice i Mydlniki"

Mydlniki świętują

Rada Dzielnicy VI, SM Grodzka, SP 138 oraz Klubu Kultury Mydlniki zapraszają
filipiny blog filipiny ceny siquijor island
Idź na górę